— Mosanie Nieczujo! Żeś chłop setny do każdej imprezy, tom zaraz poznał po tobie; ale żeś przy tym i szczery wariat, o tym dopiero teraz się dowiaduję.

— Prawda to wszystko — odpowiedziałem — prawda i cale nie zaprzeczam; ale powiedzże mi jegomość, jak tu nie być wariatem, kiedy człowieka gorzej psa dzisiaj traktują! Gdzież ma szlachcic dzisiaj po żonę uderzyć, gdzie? Do kramarza, do szewca czy do chłopa, kiedy mu jej w równym domu szlacheckim odmawiają?

— No! — rzekł dziadek. — Toż to fryc z ciebie, mospanie! A czy to przymus dać komu pannę? Czy to nie wolna w tym wola każdego?

— Wolna wola, to prawda! Ale kiedy panna chce tego, kiedy ja chcę, kiedy mam z łaski Boga fortunę, że ani grosza nie potrzebuję na wiano, kiedy ród mój tak dobry w Rzeczypospolitej, że go żaden senatorski nie przejdzie, kiedy nie masz żadnej, by najmniejszej plamki ni na mnie, ni na ojcach moich, ni na pradziadach, czego więc chcą ode mnie? Czego chcą dla tej panny? Cóż to znowu są ci Strzegoccy? Czy to Radziwiłłowie, czy Sanguszkowie, czy Potoccy? Dużoż tam buław, dużo miter, dużo wojewodów i kasztelanów?

— Dajże pokój i bredni nie pleć. Ani tu o mitry idzie, ani o buławy. Nie podoba się matce i koniec. O moją córkę nie taki pan konkurował, jak ty; pięćdziesiąt wsi miał, pieniędzy jak prochu, z najpierwszymi domami skoligowany; księżniczka by była poszła za niego, gdyby był o nią wypalił! A ja szlachcic na jednej wsi, uparłem się i nie dałem! I poszedł z kwitkiem jak posłaniec ode drzwi, i odgrażał mi, i napadł na mnie, i crimen263 popełnił, i Bóg nie wie co jeszcze, przecie panny nie dostał i na koniec on poszedł na psy, diabeł mu przetrzebił fortunę, diabeł i duszę zabierze, a jam cały i zdrów i przy skonaniu wszystkich przepraszać będę, a jego nie.

— Wszystko to być może — odpowiedziałem — ale przecie tam inne być musiały przyczyny, a nie prosty kaprys, jak tu.

— Żadne inne; wariat był taki, jak ty, obraził mnie, dom mój obraził, a takiemu dziecka nie odda nikt.

— Mój jegomość! — rzekłem na to ładnie i całując go w ramię. — Cóż takiego wariackiego jest we mnie? Że się teraz obruszam, to jużem wariat, już szalony? Czy to człowiek jest drzewo, czy lód, czy nieruchomy głaz? Kiedyż się ruszy, jeśli nie wtenczas, kiedy go gnębią, kiedy go gniotą, kiedy najpoczciwsze jego chęci w błoto rzucają i z nogami idą na niego?...

— No! — rzekł dziadek. — Ja to sam mówię, że to jeszcze niewiele. Człowiek ma krew i poruszać się musi; ale każda rzecz ma swoje granice i dlatego tobie radzę je mieć i zachować. Nie wszystko jest złe, co się takim na oko wydaje. I nie każda taka impreza już zgubiona, w której pierwszy krok niefortunnie wypadnie. I nie ten mąż tęgi i swojej sprawy dobry obrońca, który z wielkim impetem raz potrafi uderzyć, ale ten, który i raz, i drugi, i dziesiąty uderzy, i tyleż impetów nieprzyjacielskich wytrzyma, et in variis manebit invarius usque ad finem264.

— Tak to się gada, mości dobrodzieju — odpowiedziałem — dobra to jest nauka, ale nie w małżeństwie; bo cóż komu z tego, że wytrzyma ad finem i dajmy nawet, że wygra, kiedy wtedy, gdy mu ów chleb podadzą, on już zębów nie będzie miał w gębie.