— Daj Boże! — odpowiedziałem — ale jmć pan Konopka...

— Otóż Zuzia — przerwała mi pani Strzegocka — że nie jest ładna, idzie za pana Konopkę, nic w tym osobliwego, ale i pan Konopka jest potomkiem dobrego i starożytnego rodu, przy tym kawaler piękny, mający zachowanie i posesjonat. Ale Zosia! Czyż Zosia i dzisiaj niegodna jest i najpierwszej w kraju partii? Czyż nie mogę na to liczyć na pewno, że kiedy przyjdzie do lat swych i pokaże się światu, to będzie miała pomiędzy kim wybrać przynajmniej? Zresztą, krótko mówiąc, pan starościc Lgocki...

— Jak to — krzyknąłem, nie mogąc się pohamować w oburzeniu — toż to Lgocki jest ten familiant, dla którego jejmość zabijasz dwie dusze? To Lgocki...

— Ależ panie skarbnikowiczu! Czy pan wiesz, czym są Lgoccy?

— Mościa pani! — krzyknąłem. — Jeżeli tacy są, jak ten, to wiem doskonale! Niewarci wody wozić Nieczujom!

— Ależ panie Marcinie! Przecież pan, który nawet nie masz dziedzictwa, nie zechcesz się równać...

— Więc to o to wam idzie! — zawołałem, łkając od żalu i wewnętrznego wzburzenia. — O tych kilka worów pieniędzy! Tacy to ludzie dziś na Mazurach, takie waszych znakomitych rodów potomstwo! Bądźcie zdrowi! — wołałem. — Ale to wiedzcie, że żebym miał sam gardło dać w tej sprawie i żebym miał wszystkie wsie zadzierżawić naokoło Źwiernika i wartami obstawić wszystkie granice, to psu obcemu nie dam przystąpić do waszego dworu i każdego na drobne kawałki zasiekam, kto by śmiał się tylko przysuwać do Zosi, póki ona sama mi nie da odkosza!

To wymówiwszy, z pasją porwałem za czapkę i wyleciałem przed oficyny, a że mój skarbniczek stał już zaprzężony przed gankiem, więc wskoczyłem weń i kazałem ruszać z kopyta, wołając jeszcze w zaciekłości:

— Bodaj was zabito!...

Tom II