I

Wyjechawszy ze Źwiernika, lubo wiatr zimowy dął jak szalony i przez szubę niedźwiedzią przejmował mnie aż do kości i lubo Węgrzynek, któren siedział koło mnie w skarbniczku, ustawicznie mi coś brząkał pod nosem, długo jeszcze nie mogłem się opamiętać i przyjść do przytomności; wszakże ujechawszy tak z milę ku Tarnowu i przypomniawszy sobie, że tam ma dzisiaj nocować Konopka z owym w czepku urodzonym, a dla mnie tak niefortunnym Lgockim, kazałem stanąć koło najbliższej karczmy. Tam wypytałem się o drogę i wyrozumiawszy rzecz, puściłem się na prawo małymi i najniegodziwszymi drogami prosto do Pilzna. Nie chciałem i nie i mogłem się tą razą widzieć z narzeczonym Zuzi — nie mógłby on był nie okazać pewnego tryumfu nade mną i pewnego lekceważenia mojego nieszczęścia — tego zaś nigdy, a tym więcej dzisiaj bym był nie mógł przenieść na sobie — byłoby przyszło, a przynajmniej przyjść mogło do burdy pomiędzy nami, do awantury, do bitwy może — i na cóż to tego?

Z wielką tedy biedą i zaledwie koło północy dobiłem się do Pilzna. Miasteczko to było o wiele natenczas od Tarnowa większe i znaczniejsze, było ono bowiem przedtem stolicą pilźnieńskiego powiatu, należącego do województwa sandomierskiego; bywało tedy miejscem powiatowych sejmików i wszelkich innych zjazdów, siedzibą starosty grodzkiego, sądów ziemskich i grodzkich, i wszelkich magistratur miejskich; w nim na koniec obierały sobie locum standi269 najczęściej i sądy podwojewódzkie, kiedy z tej strony Wisły miały co do czynienia, w nim wszelkie komisje i nadzwyczajne sądy komisarskie; w nim więc ześrodkowywała się wszelka rzecz publiczna, wszelki ruch i handel całego powiatu — podczas kiedy Tarnów bywał tylko prywatną, dawniej hrabiów Tarnowskich, później książąt Ostrowskich, a na koniec książąt Sanguszków własnością. W Pilźnie tedy, lubo mu już natenczas przez odcięcie go od województwa sandomierskiego i reszty Polski, przez zaprowadzenie w tych ziemiach rządów niemieckich, przez zniesienie sejmików i zjazdów i przez przeniesienie zeń sądów wiele ubyło ruchu i ludności, znać jeszcze było powiatową stolicę; było jeszcze w nim i szlachty procesowiczów tam zamieszkałych, i palestrantów, którzy sobie domy tam pozakupywali, bogatych mieszczan i kupców, i innych kapotowych cokolwiek, osobliwie też familij szlacheckich ziemiańskich, które, wystraszone ostatnią wojną, między murami tego miasteczka upragnione znalazły schronienie, mieszkało tam niemało — zgoła Pilzno było jeszcze naówczas miastem, w którym można było znaleźć i znajomych, i rozrywkę, i dobre wino, i dobrą kompanię. Ale ani mnie to w głowie było dnia tego. Ja szukałem tylko gospody, a w niej spokojnego kącika, a znalazłszy to oboje, rzuciłem się czym prędzej na łoże, aby zostać samotnie z moimi żalami, zgryzotami i modlitwami, ową jedyną pociechą we wszystkich frasunkach i dolegliwościach.

Różni też różne mają pod tym względem usposobienia — niektórzy, kiedy ich ból jaki i zgryzota przygniecie, szukają ulgi z zamkniętą powieką i znajdują ją we śnie; drudzy dostają wtedy głodu albo pragnienia i zaspokoiwszy to albo owo, stają się już całkiem nieczuli i wszelkim frasunkom nieprzystępni, inni, niecierpliwsi, wpadają w pasję i w żądzę zemsty za swoje cierpienia, rzucają się z pięściami na naczynia, zwierzęta lub ludzi, a potłukłszy jedno lub drugie uspakajają umysł i serce i dobijają się spokoju — zgoła, każdy umie sobie w takim razie dać radę, aby się nie dać pogryźć tym rzeczom doczesnym. Ja atoli żadnym z takich przymiotów pochwalić się nie mogę, a kiedy na mnie przyjdzie zgryzota, to już musi odgryźć swoje od początku do końca i żaden lek rady jej nie da. Umysł mój wtedy upada, serce jakimiś wewnętrznymi zalewa się łzami, dusza pod gniotącym ją smutkiem ugina się i rada, zamknąwszy się w sobie, szuka pociechy w upływającym czasie, w modlitwach i rozmyślaniach. I bywa to czasem dobrym dla niej lekarstwem albo przynajmniej okolicznością łagodzącą jej cierpkość i rozpędzającą czarne chmury wiszące na jej horyzoncie.

Wiedząc to do siebie, rad byłem osobnej w gospodzie izdebce, rad samotności i ciszy, rad tej książce nabożnej, którą miałem w podróżnym tłumoku. Po modlitwie chciałem rozmyślać nad Zosią, nad sobą samym i nad tym wszystkim, co od niejakiego czasu stało się ze mną, ale nie mogłem — położenie moje było zanadto nowe i niespodziewane, zanadto okropne, abym w nim mógł spokojnie rozmyślać. Miłość moja, doświadczywszy tak ogromnej zapory, wzmogła się niewymownie i objęła całe jestestwo moje; żal i żałoba rozlały po mnie wszystkie swoje gorycze, wszystkie trucizny; duma obrażona dęła nieprzerwanie w swoją wrzaskliwą trąbę i podrzucała mną co chwila, uderzając potem w najboleśniejsze miejsca; upór, naglący mnie do przełamania tego złego, ambicja, popychająca do nieporzucania zaczętej drogi i dopięcia zamierzonego celu, bodła mnie także co chwila; zgoła jaka tylko żyłka była w mym ciele, jaka władza w mej duszy, wszystko to drżało, czyniąc swoją sprawę i krzyżując się boleśnie z innymi. I znowu byłem, jakby jakie muzyckie naczynie, jak owa harfa, do której porównywałem się przed trzema dniami, z tą tylko różnicą, że wtedy po jej stronach biegały i różowe palce Zosinej rączki i miłości — dzisiaj pijane, zbuntowane, łachmanowate pospólstwo żądz i namiętności tłukło obrukanymi dłońmi w jej rozstrojone struny i samo narzędzie.

W takim stanie różne mi się krzyżowały myśli, różne uczucia; raz wyrzucałem sobie, żem zanadto porywczo przystąpił do deklaracji; drugi raz żałowałem, żem się dał unieść gniewowi i postąpił sobie z ubliżeniem przeciwko starszym, a przeto, żem sobie zamknął drogę do wielu dalszych kroków, które przecie może jeszcze to złe odwrócić mogłyby; inny raz myślałem nad środkami ratunku i w tej nieszczęśliwej pozycji gniewałem się i kląłem bezbożnie na to, żem nie jest tak bogaty, jak Lgocki, albo żem się nie urodził Tarnowskim lub Ossolińskim — jakże bym był szczęśliwym w tej chwili! Jak szczęśliwą byłaby Zosia! I tak dalej plotły mi się niedorzeczności po głowie, jak to się zwyczajnie zdarza ludziom młodym i pełnym siły, kiedy ich jaki niespodziewany wypadek zbije z drogi naprzód ułożonej, na której rachunek wiele już sobie wybudowali nadziei. I nie dosyć było tego, że mnie męczył stan mój dzisiejszy, że mnie zabijały chwilowe i pogmatwane pomiędzy sobą uczucia i zgryzoty, ale jakżeż przeląkłem się siebie, kiedym pomyślał nad tym, jakie to dnie okropne przyjdzie mi spędzać w domu. Bo czy to wyjechać mi gdzie w sąsiedztwo? Czy sąsiada przyjąć u siebie? Czy oddać się zatrudnieniu albo rozrywce z takim sercem rozbitym i z duszą tak pogniecioną? Jak tu oczy pokazać światu z rekuzą na łbie, z tryumfem takiego mazgaja nade mną? Jak tu przeżyć trzy dni, jak miesiąc bez wiadomości o Zosi? Bez wywnętrzenia się przed kim? Bez zrzucenia choć połowy tego smutku ze siebie, bez zasiągnienia270 rady czyjej na te moje nieszczęścia? O! Gdyby przyjaciel jaki, gdyby powiernik! Na wagę złota bym go był wtedy zapłacił.

W tejże chwili przyszedł mi na myśl Murdelio. Mąż poważny i światły, ma stosunki jakieś w tym domu, ważny nawet tam wiele, jak mi mówił Konopka... przybrał nazwisko takie w klasztorze, jak herb ma dziad Zosi... może to być właśnie woda na mój młyn, może mnie w czym oświeci, może da jaką radę... bo i czemuż by nie miał tego uczynić? Będę go prosił, zaklinał, dam ofiary na klasztor krośnieński... czemuż by mi zgoła nie miał pomóc w tym razie? Rozumny jest, światły, rozważny, musi też znać Lgockiego, a więc snadno271 pojmuje, jaki mąż z niego będzie... Widzi on to pewno, jaką niedorzeczność popełnia matka, niewoląc Zosię do takiego małżeństwa... a zresztą, kiedy nie wie o tym, to ja mu wszystko rozpowiem, ze szczegółami wyłożę i będę go prosił, a kiedy tego będzie potrzeba, to i do nóg mu padnę, trzecią część fortuny, sto tysięcy, dam na klasztor krośnieński!... O! I pewno mi dopomoże! Znał mego ojca... krewny jest Mężykówny... zawiezie mnie do Źwiernika... panią stolnikową przeprosi, przekona i wszystko dobrze będzie. Trzebaż jutro wstąpić do krośnieńskiego klasztoru.

W takich myślach biały dzień mnie zastał na łożu. Nie czekałem już snu, nie wymagałem go na próżno, tylko, zebrawszy się prędko, w dalszą ruszyłem podróż. Pilno mnie272 było do Krosna.

Tonącemu pomiędzy bałwanami morza nieraz bałwan wydaje się być deską lub czółnem; na widok nowej, jakiej takiej nadziei, która w jego oczach do wysokości okrętu wyrasta, rzuca się ten nieszczęśliwy z wściekłością ku przedmiotowi mniemanego ratunku, dosięga go żelaznymi oboma ramiony i znajduje pod nim tylko śmierć prędszą i pewniejszą. Ale choćby i tak było: dla Zosi choćby zginąć, i natychmiast!

Wyjechawszy rano, przed południem jeszcze stanąłem przed krośnieńskim klasztorem. Poważny ten przybytek Bogu oddanych ludzi, któren dawnymi czasy w Polsce doznawał nieodmiennej czci i nigdy nieustającej pomocy u pobożnego narodu, a nad którym teraz wisiał groźny miecz Damoklesowy, powitał mnie zwyczajną swoją pokorą i otwartymi drzwiami dla wszystkich przechodniów. Przyszedłem tedy do furty i po staremu rzekłem wychodzącemu do mnie braciszkowi: