Wszedłem. Wyszedł naprzeciw mnie poważny przełożony klasztoru, oczekując zwyczajnego ode mnie powitania. Ja też, czyniąc zadość temu obyczajowi, dobyłem zarazem kilka dukatów z kieszeni i położywszy je na pobliskim stole, rzekłem:
— Jestem szlachcic z pobliskich okolic i proszę, aby ta uboga ofiara przyjęta była ode mnie na mszę świętą, na intencję odwrócenia tego złego, które mnie tymi dniami nawidziło277.
Pokłonił mi się pięknie ksiądz gwardian i odpowiedział:
— Dziękujemy pokornie waszmość panu za wezwanie nas do tych modłów... Ale proszę, może waszmość pan raczy trochę odpocząć — i przysunąwszy stołek, podał mi otwartą tabakierę rogową, którą dobył z rękawa.
— Ja tu właściwie prócz tego — rzekłem, siadając na stołek — miałem i inną intencję.
— Jakaż to? — rzecze gwardian. — Cieszyć nas będzie, jeżeli potrafimy usłużyć waszmości.
— Chciałem się widzieć z księdzem Murdelionem.
— To by była rzecz najłatwiejsza — odpowie przełożony klasztoru, zażywając tabaki — gdyby nie to, że dni kilka już temu, jak za sprawami naszego konwentu w dalszą trochę stronę wyjechał.
— Prędkoż wróci? — spytałem.
— Właściwie dzisiaj już się go spodziewamy; ja jednakże sądzę, że nie potrafi on się postawić w tym słowie278 i kilka dni jeszcze, a może nawet cały tydzień zabawi.