— Szlachcicem byłem i jestem, żołnierzem byłem i jeszcze być mogę, a jak długo habit noszę na sobie, to nie należy do rzeczy. Ale jakież to waszmość masz frasunki, że aż na ich pognębienie potrzebujesz księdza czy mnicha? — zapytał Murdelio, całą gębą pociągając ze szklanki.

Prawdę mówiąc, w tej chwili niewielką już miałem ochotę spowiadać się przed tym człowiekiem, bo mnie jakoś obraził swoją, że tak powiem, dwoistością. Bo rzeczywiście nie zdawało mi się inaczej, tylko że dwóch ludzi, całkiem niepodobnych do siebie, siedzi w tym jednym człowieku: jeden mnich jakiś pokorny i uniżony, drugi jakiś rubacha i wielki gwałtownik, i że odzywając się raz jeden, a drugi raz drugi, obadwa się kłócą pomiędzy sobą, zdradzając jeden drugiego. Jednak już niepodobna mi było milczeć, rzekłem tedy:

— Ot! Prawdziwe nieszczęście! Rozgorzałem afektem do pewnej panienki, wybudowałem sobie najpiękniejszą nadzieję, zapewniłem się o wzajemności panny i kiedym z taką pewnością, jak na cztery tuzy299, o jej rękę uderzył, dostałem rekuzę.

— Cha, cha, cha! — zaśmiał się wielkim głosem franciszkan. — Toż na rekuzę do mnie przychodzisz po radę! — i obracając tabakierkę w rękach, poszedł szerokim krokiem po izbie.

— Cóż w tym dziwnego? — rzekłem. — Waszmość zapewne nie wiesz, że tonący i brzytwy się chwyta.

— Ja nie wiem, czego tonący się chwyta? No! — odpowiedział Murdelio i w wielkim zamyśleniu przeszedłszy się kilka razy po izbie, nagle zapytał:

— O kogóż waszmość się starasz?

— O kogo ja się staram? — odpowiedziałem pomału i prawie pomimowolnie kłamiąc, dodałem: — O pewną panienkę na Rusi.

— Na Rusi? No i czemuż dać nie chcą?

— A Pan Bóg ich tam wiedzieć raczy, czemu właściwie dać nie chcą! Ot, kaprysy matczyne i głupstwo wierutne. Panna piękna, ma jaki taki posag, młoda jeszcze, ich ród kiedyś tam coś znaczył w Rzeczypospolitej i zdaje im się, że kiedy córkę dadzą Nieczui, to całkiem upadną.