— Tępa głowa i licha fantazja albo... nie masz prawdziwej miłości.

— Wszystko jest, ile mi się zdaje, ale mnie okrutnie pognębiła rekuza.

— O, tak, rekuza — odpowiedział Murdelio, wpadając w coraz głębsze zamyślenie.

— O! Rekuza! — zawołałem też i ja sobie z westchnieniem, ale on na to już nic nie odpowiedział, tylko, zatopiwszy się w myślach, opuścił głowę na piersi, oczy wlepił w róg stołu, przy którym siedział, i zdawał się tak zastygać. Ja też nie przerywałem mu tego zamyślenia, i owszem, sam puściwszy wodze moim znów myślom i przypomnieniom, również z wlepionymi oczyma w drugi róg stołu, milczałem. I bylibyśmy tak, milcząc obadwa i obadwa uganiając po jakichś niewidomych światach wyobraźni albo przeszłości, przesiedzieli może do rana, ja przynajmniej pewnie bym był nie przerywał tej ciszy, która mi stokroć razy milszą była nad gwar najweselszej kompanii, ale on nagle się zbudził i krzyknął mi w oczy:

— O kogóż się starasz?

— O pewną panienkę na Rusi — odpowiedziałem, budząc się z zamyślenia.

— Aha! A czemuż dać nie chcą?

— Powiedziałem już.

— Aha! Za mała fortuna, za liche nazwisko. To rodzice, a panna?

— Całą duszą jest moja, to jest, była przynajmniej dotąd i pewnie zostanie, jeżeli jej nie przekabacą.