— Strzegockich? Żaden — odpowiedział Murdelio.

— A Piotrowiczów?

— Piotrowiczów? — powtórzył mnich zamyślony — tak... jakieś tam jest powinowactwo; ale cóż tobie na tym zależy?

— Bo ja jestem spokrewniony ze Strzegockimi.

— Ty? A to kędy? Znałem twojego ojca, ale mi nigdy o tym nie wspominał... ale to już późna godzina, nie wiem, czy nie czas by już na spoczynek?

To rzekłszy, popatrzył na zegarek. Było już po pierwszej z północy.

— Pierwsza — rzekł franciszkan — gdzie mi waszmość przeznaczyłeś kącik do przespania się?

— Tutaj właśnie w tej izbie.

— Więc dobranoc.

— Dobranoc — odpowiedziałem niechętnie i mówiąc sobie, jak to pomiędzy mnichem a mnichem, pomiędzy rozumem a rozumem jest zawsze różnica, i dziwiąc się oraz mojemu szczęściu, z jakim na doradców w tej mojej nieszczęśliwej konkurencji trafiam, poszedłem do mojej izby i rzuciwszy się zaraz na łoże, oddałem się na pastwę najdziwaczniejszym snom i widzeniom.