II
Nazajutrz rano słońce już było wysoko, kiedym się z tego snu ciężkiego obudził. Piekący ból w głowie i jakaś nieodgadniona niespokojność w sercu były to pierwsze dwie rzeczywistości, które zastąpiły miejsce mar nocnych. Jakie zaś były te mary nocne, trudno mi dzisiaj pamiętać, trudno opowiedzieć dokładnie; to tylko przypominam sobie, że przez całą noc tę misjonarz z Murdelionem ustawicznie się tłukli przede mną i o mnie. Działo się to w jakiejś dzikiej i dziwacznymi chwastami zarośniętej krainie, po obu stronach jeżyły się czarne szkaradne skaliska, po których pełzały brzydkie gady i bestie, potok zmąconej wody płynął po prawej i jęczał bolesnym głosem, niosąc na swoich falach liście zwiędłe i pogruchotane gałęzie; wicher zimny dął bez pamięci, szamotał gałęziami, kręcił liściem i ciskał piaskiem do góry. Taką była ziemia w śnie moim, taką może bywa często w rzeczywistości. Przede mną, jak mówiłem, tłumili się oba mnisi, uderzając się wzajemnie w piersi pięściami, chwytając się za paski, zarzucając sobie na głowy kaptury; za nimi w dali, trzymając się rączką za gałęź drzewa, unosiła się w powietrzu prześliczna, w białej rozwianej szacie, z rozpuszczonymi kruczymi włosy, z zapłakanymi oczyma panienka. Nad tym wszystkim unosiło się ciemne niebios sklepienie nieobciągnięte żadnymi chmurami, wydęte jak bania, ciemne i gładkie, jakby było ze starego spiżu wykute; na jego najwyższym punkcie, prawie nad głowami mordujących się mnichów, tłumili się z sobą dwaj czarni ptacy, żuraw i orzeł ogromny, i wywracali się tam pod tą banią, i kaleczyli się wzajem dziobami, i drapali po głowach, a pomiędzy nimi od chwili do chwili pokazywał się biały gołąbek i śnieżnym piórem swoim błyskał na tym tle ciemnym, jak nowy srebrnik na czarnym suknie. Walka toczona na ziemi zdawała się cień swój odbijać na niebie. Wizja ta powtarzała się kilka razy, zawsze ustępując miejsca innym, więcej strasznym, więcej nieodgadnionym. Promień słońca, który mnie w oczy uderzył, rozwiał z nich ostatnią, zostawił mi tylko ból głowy i niespokojność w sercu. Zajęty przypomnieniami snów moich, leżałem jeszcze w łóżku i ani myślałem powstawać, kiedy wszedł do mnie Murdelio.
— Waszmość śpisz jeszcze, a słońce już grzeje — rzekł on wchodząc.
— Nie śpię już — rzekłem — ale nie wstaję dlatego, że jakoś niezdrów jestem. Straszne sny miałem tej nocy.
— Cóż się śniło?
— Ot, tak zwyczajnie, niedorzeczności.
— Cóż przecie?
— Śniło mi się, żeś się waszmość bił na pięście z tym misjonarzem, który wczoraj był u mnie.
— Ja z misjonarzem!... Gdyby się było waszmości śniło, żem ja bił jego, to by było do rzeczy, ale ja z nim, i na pięście, to nie ma sensu.
— Może to i ma sens jakikolwiek, bo właśnie tak było w rzeczy, że nim waszmość przyjechałeś do Bóbrki, to on mi rad swoich udzielał w tejże samej materii i były waszmościowym całkiem przeciwne.