— Ba! A ty byś chciał grać i mieć pewność wygranej?
— Nie o to idzie, tylko o to, że tu by mi grać przyszło nie tylko o swoje szczęście albo nieszczęście, ale i o szczęście drugiej osoby. Zresztą, prawdę powiedzieć, obawiam się dawać pierwszy krok na jakiejś drodze stanowczej, bo dawszy go, trudno zgadnąć, gdzie i jak daleko się zajdzie. Wiem to z doświadczenia moich sąsiadów, którzy, będąc w tym położeniu, pozachodzili na takie drogi, na których znaleźć się kiedykolwiek nigdy się przedtem nie spodziewali. Pan Chojnacki kilkunastoletnią sławę swoją zagubił przez romans i kto wie jeszcze na czym się to zakończy. Pan Fredro lat dwadzieścia tułał się za granicą pomiędzy cudzoziemskie narody dla jakiejś Włoszki, z którą się nigdy nie ożenił...
— Pan Fredro? Jaki pan Fredro?
— Podstoli pomorski, dziedzic Hoczwi, Łobozwi i innych wiosek.
— Jak to? To on tu mieszka w tych okolicach?
— Małą milę ode mnie. Czy waszmość znasz pana Fredra?
— Czy ja go znam? O, i jak jeszcze! Byliśmy razem we Włoszech, rok siedzieliśmy w Neapolu, sekundowałem mu w kilku pojedynkach o tęż samą Włoszkę, o której mówisz, odprawionych; biłem się nawet za niego z Angielczykiem na szpady, kiedy był chory i stawić się nie mógł... Boże! Boże! Gdzie to te czasy! — mówił w zamyśleniu Murdelio. — Byłem jeszcze pełen życia, pełen nadziei! Bardzo by mnie przyjemnie było widzieć się z panem Fredrem.
— Nic łatwiejszego — odpowiedziałem — za godzinę tam być możemy. Dziś niedziela, pewnie będzie u siebie.
— Dobrze! — zawołał mnich, ale w tejże chwili odparł. — Ale nie; nie! Jakżeż? W habicie? Nie, nigdy — i począł przechodzić się wielkim krokiem po izbie. Jednakże wkrótce, przystąpiwszy do mnie do łóżka, rzekł:
— Albo wiesz co, zdadzą się twoje suknie na mnie?