— Czemu nie? — rzekłem. — Wszakżem mało co mniejszy od waszeci.
— No to dobrze, zrobię sobie tę krotochwilę; ale dasz mnie parol kawalerski, że nikomu ani słowa nie wspomnisz o tym, że ja teraz w klasztorze.
— Ale ani mruknę.
— No, pamiętaj, bo złamanie mnie słowa to gardłem pachnie.
— Nie dlatego, że gardłem pachnie — odpowiedziałem — ale z natury rzeczy słowa nigdy nie łamię. Ale niechże wiem, ktoś jest za jeden w samej istocie?
— Jestem Piotrowicz, herbu Murdelio, obywatel od Oszmiany — rzekł mnich, przybierając postawę pańską i wyniosłą.
— Piotrowicz! — zawołałem, porywając się z łóżka. — A toś ty...
— Cicho! Nic o tym. Powiesz Fredrowi, żeś mnie zdybał w Lesku, gdziem przyjechał do wojewody wołyńskiego, nie zastałem go w domu, tyś zabrał tam ze mną znajomość, a żem znał twego ojca, żem krewny Mężykówny, pierwszej żony jego, przyjechałem do ciebie w gościnę.
— Dobrze, dobrze — odpowiedziałem — ale jeżeli tam będzie więcej szlachty?
— No to cóż z tego?