— To nic, prawda... ale misjonarz tam być może.
— Misjonarz? Nie będzie go tam! — zawołał mocnym głosem Murdelio i dodał po chwili. — A gdyby był, nie pozna mnie.
— Jak myślisz — odpowiedziałem na to; ale jeżeli mi się dotąd to i owo w wielkim nieładzie o tym człowieku kręciło po głowie, tom się już teraz obałamucił do reszty. Cóżkolwiek bądź, nie czas było myśleć mi o tym. Zebrałem się, kazałem Węgrzynkowi otworzyć skrzynię jedną i drugą, których miałem dosyć i swoich, i po ojcu, i przybrawszy Murdeliona w ubiór, jaki miałem najparadniejszy, wystroiłem tak mnicha, że jeno go było zaraz na senatorskie krzesło posadzić. I rzeczywiście, dziwnie wspaniała zrobiła się z niego figura. Jemu jednak w tych sukniach jakoś zdawało się być niewygodnie i podczas kiedy ja mu zrobiłem uwagę, że mu jeno wąsa brakuje do całkowitej przyzwoitości, rzekł mi:
— Nie brakuje, bo nie nosiłem go nigdy, ba, i kontusz brałem na siebie tylko w nadzwyczajnych okolicznościach, toteż jakoś mi w nim nie na rękę. Nie masz jakiej sukni francuskiej?
— Uchowaj Boże! — rzekłem. — Nigdy żaden Nieczuja nie miał jej na swym grzbiecie!
— A nieprawda! — rzekł Murdelio. — Twój ojciec przecie służył w francuskim wojsku.
— No, to inna — odpowiedziałem — mój ojciec służył i w wojsku imperatorowej jejmości, ale i tu, i tam mundur tylko nosił, a nie suknie światowe, czyli cywilne.
Tak sobie mówiąc, wsiedliśmy do kałamaszki i pojechali.
O panu podstolim pomorskim miałem już nieraz sposobność wspominać. Był to kawaler znakomitego w Rzeczypospolitej rodu, około czterdziestu lat w wieku, wzrostem średni, chudy, ale kościsty, cokolwiek szpakowaty, zgrabny, ale ruchów powolnych, a w manierach pański i wyniosły. Za młodu, po powrocie swoim ze szkół z Warszawy i po śmierci swojego ojca, kiedy zasiadł gospodarować w Hoczwi i przyległej Łobozwi, mało po sąsiedztwach bywał, niewiele się szlachcie komunikował, a jeno z jw. Stadnickim i Bukowskim bliższe relacje miewał — nalazł był w zamku leskim, na którym jeszcze wtenczas jw. Stadnicka, po Stadnickim, wojewodzie wołyńskim, wdowa a matka dzisiejszej wojewodziny wołyńskiej, Ossolińskiej, mieszkała, niejaką Włoszkę, młodą i piękną, jak powiadano, z jakiejś znakomitej familii neapolitańskiej pochodzącą, którą jw. wojewodzina sama niegdy z Rzymu małym dziecięciem wywiozła i z wielkim respektem u siebie chowała. Do tej Włoszki zapaliło się serce podstolego, konkurował, chciał się żenić. Pani wojewodzina była bardzo za tym, Włoszka także, bo trudno było o lepszą partię dla sieroty; a lubo brat starszy podstolego, który wkrótce potem umarł, jego krewni i przyjaciele sprzeciwiali się temu, utrzymując, że się żeni z nieznajomą osobą, że chociażby ród jej był nie wiedzieć jak znakomity, to skoro tylko jest włoski, już niewiele waży i łokciem a miarką trąci; jednak byłoby pewnie przyszło do tego, gdyby nie to nadzwyczajne zdarzenie, że śród tych tergiwersacji nagle spadła jakaś wielka puścizna na Włoszkę, familia jej się tam gdzieś znalazła, przysłała kogoś tu po nią i na powrót do Italii zabrała. Wtedy pan Fredro, niewiele myśląc, dobra swoje dzierżawą puścił, naładował trzos dukatami i za swoją miłą popędził. Co się dalej działo, tego już nie wiem, to atoli było wiadomo wszystkim, że lat kilkanaście nie było go w kraju, po których przecie na koniec powrócił, w Hoczwi na nowo osiadł, ale odtąd mniej się jeszcze komunikował sąsiadom, tylko czarny kolor zawsze na sobie nosił, gości rad u siebie przyjmował, pił z nimi wiele, bił się w pałasze, harce na koniach wyprawiał, a kiedy się upił, to kpał burą szlachtę, która na to pozwoliła, i konie jej darowywał, które były u niego tureckie i dziwnie piękną miały figurę. Podczas wojny konfederackiej poszedł był zrazu w pole, ale potem tę zabawkę porzucił i resztę rozruchów prawie nieprzerwanie przesiedział w Warszawie; po wejściu zaś cesarskich do tego kraju, znów w Hoczwi osiadł, czasem na zamku leskim bywał, ale zresztą w domu siedział, konwersując z najbliższym sąsiadem swoim, panem Balem, kasztelanicem sanockim a Średniej Wsi właścicielem, i pana Osuchowskiego młodego, cześnikowicza bielskiego, za przyjaciela sobie mając. Zresztą, jako rzekłem, kogo mu Pan Bóg w dom przyniósł, tego rad przyjął, ale sam rzadko nawidzał306 kogo, chybaby to aż polowanie, i to wielkie, potrafiło go gdzie wyciągnąć.
Kiedyśmy dla złych i marcowym powietrzem rozwilżonych dróg góralskich ledwie koło południa przyjechali do Hoczwi, gdzie jeszcze wtedy stał stary, piętrowy i niegdy obronny zamek nad rzeką Hoczewką, to lubo ledwie co się była suma skończyła w kościele, jużeśmy zastali karuzel w dziedzińcu. Pan Bal na kasztanowym ogierze, pan Urbański na siwym niewielkim turczynku sadzili jeden za drugim przez płot otamiony do ogrodu i z ogrodu na powrót w dziedziniec. Pod ścianą koło ganku stały jeszcze dwa konie osiodłane i przez kozaków trzymane, a w samym ganku stał sam pan podstoli, i to rozmawiał co z Osuchowskim obok siebie stojącym, to wołał coś wielkim głosem do jeźdźców.