— Kogóż to mi przywozisz, mospanie Nieczuja? — zapytał p. Fredro, kiedyśmy zajechali przed ganek.

— Poznajże sobie jw. pan sam, bo to dawny znajomy — odpowiedziałem, wyłażąc z kałamaszki.

Corpo di Bacco307! To być nie może! — zawołał znowu pan Fredro, przypatrując się z bliska Murdelionowi, który zaraz rzekł:

— I może być, i jest w samej rzeczy.

— Piotrowicz! Jak mnie Bóg miły, Piotrowicz!

Comment vous va, mon cher308? — rzekł tenże, wchodząc po schodach na ganek i podając rękę gospodarzowi.

Tout á fait comme vous309, bo słyszałem o twoich sukcesach — poderwał podstoli. — A! Niech ich diabeł porwie... no, ale skądże się nagle aż tutaj wziąłeś?

— Nie spodziewałeś się nigdy? Co?

Jamais310, pierwej śmierci... ale proszęż cię... — i wziął go pan podstoli pod ramię, a usiadłszy obadwa w kącie ganku, tak zaczęli kłapać ze sobą po francusku, że pytel młyński przy ich gębach byłby się wydał tylko dzwonem zwiastującym pożar na dalekim przedmieściu. Jednakże długo tak trwać nie mogło, bo to był marzec i działo się to w sanockich górach, gdzie o tej porze i pytel by zamarzł, i dzwon by skamieniał od samego zimna i wichru, który dął korytem Hoczewki jak orkan morski. Niebawem też i jeźdźce nasi pozsiadali z koni i przyznawszy sobie, że oba są lepsi, nie dosiadywali już świeżych koni, tylko przyszli w ganek i witali się z nami. Więc i tamci panowie musieli powstać i resztę już puścić na polską manierę, zwłaszcza że pan Urbański ani w ząb po francusku; wypadło też pójść do sali, która była na dole i ze swymi marmurowymi drzwiami i futrynami u okien, jako też i inną sztukaterią i malaturą bardzo wyglądała wspaniale; owoż wszedłszy tam wypadało dla rozegrzania się gorzałki się napić, cośmy też zaraz, nie czekając, uczynili. Wypiwszy ową gorzałkę, kiedy kolej szła dalej, przystąpił do mnie pan Urbański i rzecze z cicha, wskazując na Murdeliona:

— Co to za figura?