— Gruby szlachcic od Oszmiany — odpowiedziałem.
— A jakże mu na imię?
— Piotrowicz.
— O, gruby! — odpowiedział Urbański na to. — U mnie jest wyrostek Piotrowicz i biję go co dzień w gębę, bo ladaco.
— Cóż to ma jedno do drugiego? Tego waszmość przez to nie uderzysz. — Na to on:
— Nie powiadaj dwa razy, bo to niewielka sztuka.
— Sztuka niewielka — rzekłem — bo i chłop to potrafi... ale grzecznym być wszędzie i zawsze, to sztuka.
— Co tam grzecznym! — zawoła pan Urbański. — Przeciem ja tu gospodarz.
— O cóż to idzie waszmości? — rzekłem mu na to. — Że ci się jmć pan Piotrowicz nie prezentował? Wiedzże tedy o tym, że to już nie ta moda na świecie, co dawniej. Czy kto młodszy, czy starszy, czy kto z tego lub owego powiatu, na to się nie uważa, a gospodarzem jest tylko ten, czyj jest dom i gościna.
— Co ty mi gadasz o modzie! Nigdzie tego nie ma na świecie, żeby kto gdzie przyjeżdżał ze swoim prawem, jeno każdy do prawa, a u nas jest takie prawo, że się każdy obcy opowiada całej kompanii.