— To już znów wina pana Fredra, bo jako gospodarz powinien był swego gościa oznajomić z prawem, jakie obserwują311 w tej ziemi.

— No, no, z waszymi modami! Jeszcze przyjdzie czas, że wam głów przemądrych nie stanie na ich wymyślanie... — rzekł pan Urbański i odszedł, mrucząc sobie pod nosem.

Tymczasem dano obiad. Zasiedliśmy. Nieszczęście chciało, że miejsce Murdelionowi wypadło tuż koło Urbańskiego. Zrazu nic — jemy, pijemy, rozmawiamy; Murdelio opowiada różne cudzoziemskie historie, bywał długo w Paryżu, bywał na wielkich dworach, ba, nawet i na królewskich pokojach prezentować się nierzadka rzecz była u niego, miał też co opowiadać. Ale że to już taką miał wadę z natury, że się zawsze do jednej osoby obracał i często zapytania wrzucał w swoją orację, więc co się do którego z nas zwróci i pytanie jakie uczyni, to my odpowiadamy; ale pan Urbański zawsze się w tym razie odwraca i zaczyna co mówić do drugiego sąsiada albo zgoła pomrukuje sobie pod nosem. I kto znał Urbańskiego, temu widoczna już była, że tylko małej okazyjki mu trzeba, aby wyjechał gwałtownie na Murdeliona, krew bowiem u niego bywała jak ukrop, chociaż zresztą baranek i serce u niego jak wosk. Tedyż jeszcze przy zupie, przy sztukamięsie, przy jarzynie nic, jako tako; ale przy pieczystym, kiedy to poczną gęsto krążyć kielichy, a nalewają je winem szampańskim, co to się burzy i pieni już w kielichu, a nie dopiero w człowieku, zagadawszy Murdelio znów coś do pana Urbańskiego i widząc go znowu zachmurzonego i odwracającego się, rzecze na głos do pana Fredra:

— Czego ten szlachcic się tak na mnie buńdiuczy?

— A bodaj cię zabito! — krzyknie zaraz na to pan Urbański, zrywając się z krzesła i cale powstając od stołu. — To najeżdżasz na cudzą ziemię, nikomu się nie powiadasz, po zamorsku szczekasz uczciwej szlachcie w oczy i jeszcze się dziwisz, że się kto na ciebie buńdiuczy! Tfu! Myśli, że twarz jak Niemiec wygolił i że trochę paple tą zamorszczyzną, to mu już wolno poniewierać wszystkimi! Bodaj was powybijano do nogi! — To rzekłszy, wziął krzesło i przesiadł się koło Bala, na drugą stronę stołu. Murdelio się patrzył na rozgniewanego Urbańskiego i obydwiema rękami o stół oparty, słuchał i śmiał się, a potem rzekł do gospodarza:

— Kapitalny szlachcic, jak mi Bóg miły!

Pan Fredro także się roześmiał, ale powiedział zaraz:

— A! Zapomniałem waszmościów zaprezentować: pan Urbański, pan Piotrowicz.

Rzecz ta tymczasem zdawała się upadać, ba! nawet na stronę pana Urbańskiego się walić, który to uczuł, lecz milczał i sapał tylko. Murdelio także milczał, ale widoczna było, że gwałt sobie czyni, bo wargi przygryzał aż do krwi i sczerwieniał na twarzy jak burak. Śród tego czasu pan Fredro kilka razy coś mówić poczynał, ale nikt mu nie odpowiadał. Wszyscy milczeli. Co trwało z pół Zdrowaś Maria. Ale kiedy pan Urbański jeszcze raz spojrzał pochmurnie spod oka i fuknął przed siebie, wtedy Murdelio zaczerwienił się mocno od razu, nalał sobie szklankę wina, wypił ją duszkiem i mówiąc:

— Nie, nie można! Gdzie moja szabla? — porwał się od stołu i prędkim krokiem poszedł do kąta. Zerwał się i Urbański i pobiegł także za swoją szablą z wielkim pośpiechem. Gospodarz ani się ruszył od stołu, ale ja poskoczyłem i pochwyciwszy Murdeliona, zawołałem: