— Za pozwoleniem! Ja nie dozwolę tego! Ja tu waszmości przywiozłem, ja za jego honor stanę do sprawy.

Ale nie było o czym mówić; Murdelio, kipiący cały i trzęsący się jak galareta, porwał mnie prawą ręką za kołnierz i odrzucił od siebie jak czapkę, wołając do Urbańskiego:

— Dobądź szabli i stawaj, bo rozetnę na dwoje!

Nic nie przesadzę, jeżeli powiem, żem nigdy nic podobnego na życiu nie widział, jak złość Murdeliona, a bywało się już przy różnych okazjach i zaglądało się już różnym diabłom dość z bliska w oczy. Trząsł się on cały, jak liść pośród burzy, twarz nabiegła krwią tak dalece, że nie była czerwoną, lecz czarną jak sadza, usta mu się zapieniły jak dzikiej bestii, oczy powiększyły w czwórnasób, zaokrągliły, jak dwa kieszonkowe zegary, i kręciły się w powiekach jak dwa koła u wozu. Dość powiedzieć, całkiem obojętny tej sprawie, ja zbladłem jak trup i krew we mnie zastygła, widziałem już na katafalku pana Urbańskiego. Przeraziło to wszystkich; pan Urbański z kasztelanicem skoczyli do drugiego pokoju; pan Fredro, który był tak zimny zwyczajnie, że dla krotochwili bijał się w gołe pałasze, zerwał się z krzesła i porwał za jakąś serpentynę, pan Osuchowski się stołkiem zastawił. Tymczasem tamci już stali na placu. Co widząc, Murdelio wskoczył zaraz do drugiego pokoju i bez żadnego gadania, bez sekundanta postawił się twarz w twarz adwersarzowi. Wszystko się działo, jak orzech zgryzł. Więc pan Bal zaraz woła:

— Panie Marcinie, stawaj z tamtej strony!

Wbiegłem, ale tu już krzyczy Murdelio:

— Zastaw się! — i w tymże momencie uderzył na Urbańskiego.

Mam to przekonanie, lubo tego nikt dojrzeć nie mógł, że Urbański, skonfundowany tą niespodziewaną swego adwersarza gwałtownością, ba, zgoła wściekłością, ani miał do tego dość czasu, ani się rzeczywiście zastawił, ale już było za późno. Leżał on już srodze cięty przez całą głowę i z przerąbanym ciałem pomiędzy lewym ramieniem a szyją, aż do samego obojczyka. Krew się z niego lała jak z beczki, odszedł od przytomności. Obstąpiliśmy go, nalali w nos mocnej gorzałki, obłożyli rany śniegiem i lodem, a kiedy krew ustała i rany trochę pokrzepły, przenieśliśmy go na dywanie na górę do spokojnej izby; tymczasem zaś posłano pędem po felczera do Leska. Ale Murdelio w tym wszystkim nie brał żadnego udziału. Po bitwie obtarł pałasz ze krwi, schował go w pochwę i z krwią najzimniejszą, jak gdyby nic nigdy nie było, siadł z panem Fredrem na powrót do stołu, gdzie obadwaj, nową odkorkowawszy butelkę, nową też po francusku zaczęli rozmowę. My zaś tutaj poramy się z panem Urbańskim.

Kiedyśmy go już na górę wynieśli i przystojnie złożyli na łóżku, przystępuje do mnie pan Bal i rzecze srogim głosem:

— Kogo to waszmość przywiozłeś w dom pana Fredra?