— Nie mnie o to pytaj — odpowiedziałem rozdrażniony tym, co się stało — bom ja zdybał tego szlachcica w Lesku, dokąd dla odwiedzenia wojewody przyjechał, a że znał mego ojca, a nawet był powinowatym przez Mężykównę, tom go zaprosił do siebie i tu przywiózł za jego wolą; zresztą go nie znam, ale kiedy chcesz o nim co wiedzieć, to pytaj raczej samego gospodarza, który jeszcze przed laty żył z nim we Włoszech i jest z nim w przyjaźni.

— No, no — rzecze pan Bal — diabeł to sam jest in persona312, ale nie szlachcic, Iskierski, a nie Piotrowicz.

— Ot, pleciesz waszmość trzy po trzy. — Na to on znowu:

— Ale co ty mnie gadasz! Znałem ja ludzi tysiące i Polaków, i Niemców, i Włochów, ale takiego anim jednego nie widział. To diabeł jest.

— Cóż tobie? — rzekłem. — Przecie nocował dziś u mnie i nic mi złego nie zrobił.

— Jeszcze czas na to; to diabeł jest. Widziałeś ty jego oczy? Widziałeś, jak sczerwieniał cały, kiedy szablę wziął w rękę?... A jaki strach po nas poszedł, kiedy ryknął: „Dobywaj szabli!” — Mnie, jak Pana Boga kocham, i nie wstydzę się tego powiedzieć, aż się wszystkie wnętrzności wtedy zatrzęsły, a włosy kołkiem stanęły, to czułem. A przecież to nie nowina mi widzieć człowieka ze szablą, przecie się sam biłem tyle razy w pałasze, a podczas wojny! Jednak nigdy tego strachu nie czułem, co teraz, lubo nawet nie mnie się ta sprawa tyczyła. Albo to znowu: za jednym cięciem dwie rany i obiedwie takie głębokie i tak oddalone od siebie? Toż to ludzka potencja313?

— Musiało być dwa cięcia, panie bracie.

— Ale jedno, przysięgnę, że jedno; widziałem na własne oczy.

— To się szabla zsunęła, a to się nie trafia?

— A ucho? Toż by był w takim razie ucho zaczepił — zarzucił mi pan Bal.