Mróz po mnie poszedł od pięt aż do karku, lubo właściwie i to jeszcze nic nie znaczyło, ale nie miałem już czego tam dosiadywać pomiędzy nimi; jednym słowem mogło się wszystko wydać, nie to, że Murdelio był diabeł, bo takiej rzeczy wiary dawać nie mogłem, ale to, że jest mnichem, czego nie zdradzać obowiązałem się słowem. Wyszedłem więc stamtąd. W sieni atoli zaraz mnie łapie Węgrzynek:

— Co tam?

— Nieszczęście, panie.

— Jakież? Mów prędko.

— Tego księdza, co u nas był wczoraj, coś strąciło z wozem i z końmi ze skały w Myczkowcach.

— Wszelki duch chwali Pana Boga!... I zabił się?

— Nie, ale srodze stłuczony.

— A toż on jechał na Myczkowce, nie na Berezkę?

— Na Myczkowce, panie.

— Jakże wiesz o tym wszystkim?