— Przecie przywieźli go tu na plebanię.
— Jest tutaj? — zawołałem i pobiegłem co tchu na plebanię.
Koło kościoła po prawej stronie od wschodu stał domek niewielki drewniany, w którym mieszkał proboszcz hoczewski, starzec siwowłosy, kilkudziesięcioletni. Ze dworu do tego domku było kilkaset kroków, przebiegłem je jednak, żem ani spostrzegł się, kiedy — i wystraszony cały tym niespodziewanym nieszczęściem tak szanownego męża, byłbym z równym impetem wpadł i do izby, gdyby nie to, że nic nie widząc śród pośpiechu i zmroku, potknąłem się zaraz na pierwszym schodzie i jak długi grzmotnąłem sobą do sieni. Na ten rumor wyszedł pleban staruszek ze świecą w ręku, mówiąc statecznie:
— Co tu za hałasy robicie? Czy nie wiecie, że chory jest w domu?
— To ja, mości dobrodzieju — rzekłem wstawając319 z podłogi — przez pośpiech upadłem i takiego narobiłem hałasu.
— Któż to? — zapytał ksiądz, przyświecając mi łojówką do oczu.
— Ja, księże proboszczu.
— Imć pan Nieczuja? A to chwała Bogu. Właśnie ksiądz misjonarz, dowiedziawszy się, że waszmość jesteś na zamku, żądał, aby tu zaprosić waszmości.
Z tym weszliśmy do pomieszkania.
Więc zaraz w pierwszej izbie w rogu, na ubogim tapczanie, na którym tylko słoma wytartym kilimkiem przykryta, leżał wybladły i cale do siebie niepodobny misjonarz. Twarz mu się przeciągnęła, oczy, tak pełne ognia, przygasły i przez połowę się zwarły, włosy się poburzyły, ręce obwisły. Przystąpiwszy więc cicho na palcach do tego łoża, stanąłem i patrząc ze szczerym żalem, milczałem.