— Jak to dobrze — rzekł on do mnie słabym głosem, który prawie przemocą wydobywał ze siebie — że waszmość tu przyjechałeś.
— Boże! — rzekłem. — Cóż to jest za nieszczęście!
— Nieszczęście — odpowiedział misjonarz.
— Cóż waszmości jest? — spytałem.
— Stłuczony — odpowiedział ksiądz znowu.
— Czemuż sobie co na to nie radzisz? Jeżeli ran nie ma, to trzeba się wysmarować mydłem i spirytusem.
— Nie ma.
— Nie ma ran, więc smarować.
— Nie ma.
— Jak to? Spirytusu nie ma?