— Nie ma — odpowiedział misjonarz przeciągle i poprawiając się trochę, dodał: — ja miałem kilka groszy i te mi się wysypały przy tym nieszczęściu, a księdza zastałem bez grosza.

— O biedniż wy, słudzy boży! — zawołałem, dobywając kalety i oddając ją plebanowi. — Aż się serce kraje, jak mi Bóg miły! Ci, którzy we dnie i w nocy służą Panu Bogu i bliźnim swoim...

— Nie bluźnij — przerwał mi misjonarz. Urwałem więc tamto, a natomiast spytałem:

— No, ale powiedzże mi, waszmość, jak się to stało?

— Opóźniłem się trochę — odparł przeciągając chory — dzień już był, kiedym wyjeżdżał. Wyjechawszy na skałkę, nie wiem, co się tam stało, bo tam droga szeroka i gładka, ja też o nią bezpieczny, mówiłem modlitwy poranne i na nic nie uważałem; nagle wóz się wywrócił z impetem i wszystko upadło w przepaść do Sanu. Wóz poszedł na kawałki, konie obadwa się pozabijały, chłopu nic, a jam się srodze potłukł, bo to bardzo wysoko.

— Boże! Boże! Cóż chłop powiada?

— Chłop powiada, że coś wóz podważyło i zrzuciło na dół, i koniecznie to utrzymuje, mówiąc, że choćby był i wywrócił, to jeszcze daleko było do brzegu. Ale to tylko ekskuza320: jechał samym brzegiem, nie uważał na koła i albo brzeg się usunął, albo zgoła wywrócił.

— A kiedy to się stało?

— Ja nie wiem, bo mnie ledwie za dwie godziny stamtąd wynieśli, ale popatrz na mój zegarek, stanął, to pewnie o tej samej godzinie.

Popatrzyłem na zegarek, stał istotnie i pokazywał pół do dziewiątej.