— Dziwna rzecz! — rzekłem do siebie, była to bowiem właśnie ta chwila, w której Murdelio decydował się ze mną jechać do Hoczwi, a kiedy sobie przypomniałem, że właśnie wtedy mówił z taką pewnością, że misjonarza w Hoczwi nie będzie! — Jakoż i to, co pan Bal utrzymywał koniecznie, to znowu mróz poszedł po mnie i lubo nie mogłem temu w żaden sposób dać wiarę, żeby duch taki in persona mógł chodzić po ziemi, to jednak w kącik poszedłszy, przeżegnałem się skrycie. Krzyż święty nie wadzi. Po czym usiadłem koło chorego i pocieszałem biedaka, jak mogłem, co mi o tyle łatwiej przychodziło, ile że do zamku i tak lada chwila miał przybyć felczer z Leska, a może i nadworny lekarz wojewody, Gondoni. Po dopełnionym tym obowiązku chrześcijańskim, posiedziawszy jeszcze z jakie pół godziny przy chorym i bywszy przytomnym wysmarowaniu go mydłem i spirytusem, powróciłem do zamku na górę do drugiego chorego.

Pan Urbański miał się w tej chwili cokolwiek gorzej, jak to zwykle bywa u rannych, kiedy gorączka przychodzi. Wszakże nie było żadnego niebezpieczeństwa. Felczer już siedział przy chorym i zapewniał, że dobrze jest, a można mu było wierzyć na pewno, bo felczer w Sanockiem miewał naówczas daleko więcej praktyki i doświadczenia niżeli na wojnie. Nie było tygodnia, w którym by kilka kres nie zaszywał. Jednakże pan Bal, który już sam parę razy na samym sobie o zdatności tego felczera przekonania się miał sposobność, nie wierzył temu i w ustawicznej był o chorego obawie, co wciąż dawał do poznania różnymi gestami. Wziął mnie nawet na koniec na stronę i najwyraźniej powiedział:

— Nie będzie już nic z Urbańskiego.

— Co waszmość mówisz! — odpowiedziałem. — Nie dziwiłbym się komu innemu, ale ty, który sam trzy razy gęściej raniony byłeś pod Chyrowem, który zresztą i w pojedynkach niemało już ran odniosłeś, jakże możesz mówić co podobnego? — On też na to:

— To prawda, ale to inna rzecz była.

— Czemu inna?

— Co innego rana od szlachcica albo zgoła od żołnierza, a co innego od... Panie Boże odpuść!

— W imię Ojca i Syna... nie może to być.

— A ja ci powiadam, że może. Szkoda, że to nie pora ci opowiedzieć, jako ja sam, jak mnie widzisz, zdybałem się z nim i na własne oczy jego widziałem; ale, ot, właśnie Urbański powiada, że to już drugi raz w życiu z nim się spotyka.

— Kiedyż się spotkał po raz pierwszy?