— Na polowaniu. Jawił mu się w postaci odyńca, jego samego poranił, psiarczyka mu rozdarł na dwoje, a potem wylazł ze świni, przybrał własną swą postać, pokłonił się, zaśmiał się, aż cały las zadrżał, i smołą się rozlał na miejscu. Sam to Urbański powiada, dodając, że tamtemu właśnie tak oczy latały, jak temu; zresztą, śmiech ów kilka wsi okolicznych słyszało, a smołę na tym miejscu wszyscy widzieli, którzy na tym polowaniu byli. Ot! Pytaj Osuchowskiego.
— Tak, tak, panie bracie — odezwał się w tej chwili Osuchowski — ja sam to widziałem.
— No! — rzekłem. — To już rzecz dziwna, bo ja także coś się po świecie najeździłem i w różnych miejscach nabywałem, a krom tego — że mi raz podczas wojny w jednym zamku w Lubelskiem cały zamek w nocy zniknął sprzed oczu, tak że położywszy się wieczór w komnacie, znalazłem się rano na szczerym polu, i powiadano mi, że w tej okolicy cale żadnego zamku nawet nie było; krom tego, mówię, co tam Pan Bóg wie, czyją siłą się stało, nic mi się podobnego nie wydarzyło.
— Owóż przyszła teraz kolej i na ciebie — rzecze pan Bal.
— Ej! Śmieję się ja z tego, panie bracie; nie zjadł mnie diabeł ziemski, nie zje mnie i podziemny! — Na to znowu pan Bal:
— Kiedy się tak nie boisz, to chwała Bogu; ale zawsze o to cię proszę, wywieź stąd tego Piotrowicza, bo pan Urbański nie doczeka i rana.
— Śmieszna rzecz — rzekłem — co to ma jedno do drugiego?
— Ale ma, gardło daję; wywieź stąd Piotrowicza.
— Panie bracie — rzekłem tedy — żeby to, chowaj Boże, diabeł był i pana Urbańskiego z kretesem zgubić chciał, to byłby tylko dmuchnął na niego i jak świecę zgasił, ale nie bawiłby się tak, żeby go ranił, a potem te rany pogorszał.
— A! Nie miał mocy do tego! — odpowiedział Osuchowski. — Ho, ho! Panie bracie! Żeby on ludzi tak gubić mógł, toby on już cały świat zgubił, który mu solą jest w oku; ale nie ma mocy do tego. Szkodzić tylko może i kusić, i zawsze to robi.