— Ba, i to jeszcze dodać — rzekł kasztelanic — że choćby i tak od razu zgubić mógł, toby jeszcze żadnego tak nie zgubił, bo przecie męka ludzka to największa krotochwila dla niego. Ale, bądź co bądź, wywieź go stąd.
— Ale wywiozę, wywiozę, jeżeli tylko się da.
— Idź i rób, co chcesz, a koniecznie go wywieź, bo zgubisz człowieka.
Trudna była rada, zebrałem się i wyszedłem.
Tymczasem kiedy misjonarz ledwie oddychał, nieborak, z bólu na plebanii i smarował się spirytusem i mydłem, pan Urbański zaś piekł się w gorączce, złemu duchowi przypisując swoją niedolę, gospodarz hoczewskiego zamku z moim mniemanym diabłem byli sobie wesołej myśli. Jak po zranieniu Urbańskiego zasiedli do nieskończonego obiadu, takem ich teraz, lubo ciemny był wieczór, zastał na tymże samym miejscu. Prócz świec kilku woskowych gorejących na stole i kilku nowo wypróżnionych butelek pod stołem, a chmur dymu tytuniowego w powietrzu, nie znalazłem żadnej w tej izbie odmiany.
Kiedym wszedł, rzecze do mnie pan Fredro:
— No i cóż tam pan Urbański?
— Gorączkę ma, ale, da Pan Bóg, zdrów będzie.
— Co by mu było! — odezwie się na to Murdelio. — Szlachecki łeb twardy, nie pryśnie tak od pałasza, jak garnek.
— Chwałaż Bogu — rzekłem — bo już teraz byłby się targował z świętym Piotrem o wnijście.