— Albo tańcował z diabłami po piekle. Szlachcic to jakiś niedobry, widzi mi się — rzekł surowym głosem Murdelio. Ja też zaraz na to:
— A przepraszam! Jest to jeden z najgodniejszych obywateli tej ziemi.
— Ot, gadasz! — rzecze na to pan Fredro. — Szlachcic taki sam, jak i drugi; jest was sto tysięcy czy wiele tam, bo już nie wiem, ale wszystko jednego gniazda, rodem kurki czubate.
— Jest nas milion, rachując lekko — odpowiedziałem — nie sto tysięcy; ale to zresztą prawda: szlachta wszystka do siebie podobna, bo inaczej nie byliby zakonem takim, jakim są i jakim im Pan Bóg być przykazał; ale zawsze pomiędzy człowiekiem a człowiekiem jest pewna różnica. — Na to on znowu:
— Ale, mój Nieczuja, nie gadajże takich rzeczy, bo to nieprawda. Ja się założę z tobą, że czy któren z was od Oszmiany, czy od Żuław, czy od Kudaku, kubek w kubek jednaki. Są pewne rzeczy, które każdy z was zrobi, są inne, których żaden nie zrobi.
— Ale, mój Fredro! — odpowiedziałem porywczo. — Nie traktujże znów całą szlachtę przez drugą osobę, bo kiedy już taki ma być każdy, jakimi wszystkich powiadasz, toż i czy który miał jednego senatora więcej czy mniej albo zgoła żadnego w rodzie, nie powinno to robić różnicy.
— O! Nie tak! — poderwał Murdelio. — Co krew senatorska, to nie prosta szlachecka. Senatorowie także są szlachtą, ale mają się tak do ogółu jak pszenica wybrana do niewybieranej.
— Chwałaż Bogu, że nie jak pszenica do owsa — poderwałem.
— Może i tak.
— Diabelska to mądrość — odpowiedziałem tedy. — Rozumiem ja to dobrze, że który szlachcic własną pracą i czynem sam się wyniesie nad innych, ten godzien tego, aby go wszyscy wynieśli; głupi by był Nieczuja, gdyby się Czarnieckiemu powiadał równym, głupi Piotrowicz, gdyby się miał za jedno z Zamojskim, głupi podstoli, gdyby się kładł obok kasztelana lwowskiego; dlatego też i senator dzisiejszy lepszy od niesenatora, bo pracuje więcej i na większym warsztacie dla kraju — ale żeby syn jego był w czym lepszy ode mnie, tego mi nikt nie dowiedzie.