— Dobry z ciebie orator — rzecze na to podstoli — gdybyś tak zagadał do małej szlachty przed sejmikiem, toby cię na rękach obnieśli; ale że tu małej szlachty nie ma... Ej! Co tam! Ot, siadaj tu, masz szklankę, nalej sobie, pij i słuchaj. Bardzo ciekawe rzeczy opowiada Piotrowicz. No pijże! Wino doskonałe, sam je muszę pochwalić; ja piję dzisiaj jak but dziurawy, ażeby mi choć zaszumiało. — Na to ja:

— Nie wiem — rzekłem — czyby nam już nie czas do domu, dalej i późno będzie.

— Cicho! — zawołał gospodarz. — Mój Piotrowicz, powiadajże dalej.

— Nie pamiętam już nawet, gdziem przestał.

— Bodaj ciebie, Nieczuja! Pozbawiłeś mnie arcyciekawej historii, która mnie więcej obchodziła niż moja własna.

— Dlaczegóż już pozbawiłem, wszakże Piotrowicz może ją opowiedzieć z początku.

— Na cóż z początku? Gdziem stanął? — zapytał Murdelio, popijając ogromną szklankę wina i zapalając lulkę, którą nigdzie indziej, ale tutaj palił zapamiętale. Pan Fredro także namiętnie lubił dym tytuniowy i tak go wiele używał, że kiedy szedł między damy, to aż się zagranicznymi wódkami polewać musiał; więc na odwrót Murdelionowi puścił chmurę dymu prosto do twarzy i rzekł:

Nici mia comu si fa321?

— A! — rzekł Murdelio, popijając znowu szklanicę, ale to tak nagle, żem ani kiedykolwiek widział, żeby kto takie miał gardło. — Otóż lubo jej śpiewałem: Pri un quardo in muriro322, to jednak tego tak nie rozumiałem i na tym się nie skończyło.

— Cha, cha, cha! To się rozumie! — zawołał pan podstoli.