— Z wielkimi tedy trudnościami i za wielkimi prośbami przyszło na koniec do tego, że jednego wieczora, kiedy mąż miał być na komedii i potem, jak mówiła, długo w noc po zwyczaju bawić się u swojej amantki, ja dostałem pozwolenie przyjścia ubocznymi od ogrodu drzwiczkami do jej gabinetu, jakoż i w rzeczy przysłała mi klucz od tych drzwiczek. Wyobraź sobie, z jaką niecierpliwością wyglądałem oznaczonej godziny. Bo to pół roku na tę duszę czekałem.
— Jak to na duszę? — zawołałem z przestrachem.
— E! Co się odzywasz — rzecze pan Fredro — kiedy tego nie rozumiesz.
Murdelio opowiadał dalej, ale ja już oka z niego nie spuściłem i tak uważałem pilnie, że gdyby był po turecku mówił, a nie po polsku, tobym był przecież każde słowo spamiętał.
— Na koniec nadeszła przecie ta upragniona godzina. Wziąłem parę pistoletów małych do kieszeni, sztylet wsunąłem za rękaw i poszedłem. Otworzywszy drzwiczki własnoręcznie i wszedłszy do gabinetu, nalazłem ją stojącą przy stoliku pod oknem, z wlepionymi oczyma w otwierające się drzwiczki, ale drżącą jak liść i białą jak marmur: „Idź, idź, na miłość Boga! — woła ona — mnie się zdaje, że on za chwilę nadejdzie”. — „Niech nadejdzie — odpowiedziałem — pomszczę się wtedy twojej krzywdy i tego srogiego ucisku, który już od roku znosić musisz od niego” — i wydobywszy z kieszeni pistolety, pokazałem jej je. — „Na Boga! — zawołała ona — to jest okropnie!” — Ledwie co to wymówiła, tymiż samymi drzwiczkami, którymi ja wszedłem, a które zapomniałem zamknąć za sobą, wchodzi ogromne Włoszysko, czarny jak diabeł i ogromny jak diabeł. — „Tuś mi! — krzyknie do mnie z roziskrzonymi oczyma — żyły będę pruł z ciebie, smażyć w oliwie wrzącej będę was oboje!” — „Nie będziesz” — zawołałem, odskakując od niego na kilka kroków i wymierzywszy mu w łeb pistolet, wypaliłem. Skutek wiadomy, bo jak wiesz, nigdy nie chybiam. Czaszka Włocha rozbryzgnęła się w kilka części, a mózg z krwią pomięszany obryzgał marmury i kotarę na przeciwległej stronie. Wtedy... proszęż cię, co to jest kobieta... wtedy ona ryknęła płaczem jak żubr w Białowieży i rzuciła się na ciało męża i zaczęła je ściskać i całować po rękach, i zawodzić na czym świat stoi. Szkoda, że nie było tam Petrarki albo jakiego innego poety, bo byłby to pięknie opisał i potem śpiewał łagodnym lazzaronom323 na wąskich uliczkach.
— No i cóż potem? — zapytał podstoli.
— Potem rzecz już zwyczajna. Wziąłem trupa i wrzuciłem w stary rozwalony komin, który przypierał do bocznej galerii, a którego dół był zasypany gruzem i zarośnięty chwastami i bluszczem; ją zaś zostawiłem, aby się wypłakała. Na drugi dzień z południa za pomocą pieniędzy rozgłosiło się po Neapolu, że conte324 się rozbił z łódką na morzu na drodze do Sorrento — rybacy, którzy się na deskach wyratowali od śmierci i szczęśliwie dobili do brzegu, zmoczeni jeszcze i śmiertelnie wybladli, dali znać o tym fatalnym wypadku żonie i zeznanie swoje potwierdzili sądownie. Żona przywdziała żałobę i za dwa tygodnie zjechała się ze mną we Florencji. Ale nudna baba, nie umiała się szanować...
— I cóż się z nią stało?
— Porzuciłem ją, a właściwie uciekła ode mnie z jakimś Grekiem do Stambułu.
— Cha, cha, cha! — zaśmiał się pan podstoli. — Tak to, tak to kobiety!