Była to straszna choroba — ból głowy, jakby mnie kto żaru nasypał pod czaszkę, nudności aż do skonania i takie pragnienie, że zrywając się nocą na równe nogi, nieraz po garncu krynicznej wody wypijałem od razu. Temu wszystkiemu towarzyszyła nieprzytomność bez przerwy, a straszne jakieś wiedźmy i upiory, które się dniem kręciły koło mnie, tak mnie męczyły bez przestanku, żem przez kilka tygodni po sto razy poczynał modlitwę i ani razu jej nie mógł dokończyć. Chwile, w których cokolwiek miałem przytomności, były jeszcze straszniejsze od wszystkich boleści: wtedy bowiem sumienie, wyrzucając mi grzechy moje i ową próżność moją, rozpoczynało grę swoją. Więc raz biłem się w piersi, jakby jaki pokutnik, za grzechy śmiertelne i urywanymi słowy błagałem Boga o miłosierdzie. Drugi raz myślałem nad sobą i wtedy drżałem od strachu: widziałem bowiem, jako sam leżę śród samych wertep i lasów, sierota bez ojca i krewnych; siostra o mil kilkadziesiąt, sąsiedzi tylko o jedną, ale głusi i nic niewiedzący — widziałem, jako sługi jedne odbiegały mnie samowolnie, drugie się na to zostały, aby mnie okraść do reszty. Posyłałem raz po lekarza Włocha do Leska, ale ten, puściwszy się do mnie, kiedy mu koń nogę złamał na drodze, piechotą wrócił i ani słyszeć nie chciał o Rabach. Posyłałem po księdza ritus graeci59 do Balogroda; odpowiedział, że nigdy nie bywam w cerkwi i że luter być muszę, a on do lutra nie pójdzie. Łaciński proboszcz mojej parafii mieszkał o mil trzy i był starzec stuletni.

— Boże! — pomyślałem. — Otóż mnie pokarałeś, że nawet sam nie wiem, za co mnie Twoja ręka dotyka. Święty Marcinie! Czegóż mnie takiej nabawiłeś choroby?

— To za żądzę dziedzictwa, za próżność, za lekkość umysłu twego, za to, żeś odstąpił błogosławionych kości i wiary twojego ojca! — odpowiadała mi z kąta wiedźma jakaś, która raz była babą starą z wężowymi włosami, raz psem ogromnym, raz niedźwiedziem, to znowu gadem, ziejącym ogień z paszczy zębatej. Inny raz znowu widziało mi się, że cała izba moja się pali szczerym płomieniem, że się dymi i skrzy, a głownie i węgle rozżarzone, kłębiąc się między sobą, odskakują od pożaru i padają mi na twarz, na ręce, na piersi. Czasem Murdelio z psałterzem w ręku stał mi w kącie izby i czytał modlitwy.

Kilka razy matka moja nieboszczka, której nawet nie pamiętałem postaci, stawała we drzwiach z podniesioną do góry ręką i powtarzała uroczystym głosem.

— Trwaj i wierz, a zdrów będziesz.

Raz tylko jeden pokazał mi się ojciec mój kochany: leżał w jakiejś trumnie kamiennej, cały wyschnięty i zżółkły; ale szaty na nim tak były podarte i błotem powalane, pas rozszarpany i szabla tak aż do węgla spalona, żem się zatrząsł cały i okropnym głosem zawołał do Boga o pomstę nad tymi, którzy rozrywają groby umarłych. Wtedy on w trumnie swojej prawą rękę podniósł, położył na piersi, pierś rozdarł aż do samego wnętrza i pokazał tam serce takie czyste, jak brylant.

I tak dziwne dręczyły mnie sny i widzenia — aż na koniec, kiedy jakiś potwór morski napełnił swym cielskiem sprośnym całą izbę moją i wywracając się w strasznych kłębach, to puchł w mych oczach aż do pułapu, to znów się zsychał tak, że mu aż żebra było widać, i nareszcie tak zmalał, jak człek zwyczajny — a temu człowiekowi poczęło z wolna ciało odpadać od kości i wnętrzności snuć się z niego i znikać w jakichś dymach ze siarki i smoły, że za chwilkę żywa śmierć z kosą i klepsydrą stanęła w głowach mojego łoża — wtedy zebrałem wszystkie reszty sił moich i uklęknąwszy na łożu rzekłem: Panie! Jam jest twój wierny i z dziada z pradziada służę tylko Tobie i chwale Twojej! Daszże mnie zginąć, jak jakiemu opryszkowi pośród tych wertep i lasów, bez księdza, bez spowiedzi i bez świętych Twoich sakramentów? Dopuścisz, Panie, abym jako poganin szedł z tego świata? Aby moje ciało zgniło niepokropione, aby ani jedno oko nie zapłakało, ani pies nawet nie zawył na moim pogrzebie?... — I z słowami: — Ale niech się dzieje Twa wola... — upadłem na łóżko i ciężki sen zamknął mi powieki.

Ta noc była punktem przesilenia się mojej choroby. Przecie korpus Nieczujów przemógł kiepskie malum terrestre60, chociaż aż zamorskimi gadami szturm przypuściło. Na drugi dzień, Panu Bogu niech będzie chwała! już mi dużo lżej było. Głowa lekka, oddech wolny, wzrok czysty, tylkom61 słaby był jeszcze i czupryna mi tak do szczętu wylazła, że kiedym spojrzał w zwierciadło, to mi się zdawało, że mój ojciec nieboszczyk do mnie zaziera.

Kiedy człowiek sam sobie pomoże, to już zaraz i wszyscy gdzieś się z pomocą znachodzą i wszystko jakoś się składa. Więc zaraz tego dnia rano przyszedł do mnie wójt z kilkoma starszymi z gromady z oświadczeniem, że się ofiaruje strzec dworu i gospodarstwem kierować, bo już przekonał się nieodmiennie, że mnie kradną bez miłosierdzia. Podziękowałem za sentyment, alem się prędko zbył tego tałatajstwa: co za sztuka przyjść teraz? Czemuż nie widziałem was, kiedym był tak niemocen, żem kroku dać nie mógł? — Koło południa przyjechał też i mój Węgrzynek, jedyny mój sługa, można powiedzieć przyjaciel, któremum na nieszczęście właśnie na dni parę przed owym zjawieniem mi się św. Marcina we śnie był pozwolił pojechać do krewnych do Bieszczad. Już też i cale inaczej zrobiło się w Rabach: jeszczeż i dnia tego pan Urbański polujący z panem Osuchowskim, cześnikowiczem bielskim, w kołonickich lasach zabłąkali się w mojej Bałandzie i będąc już prawie nad samym dworem, przyszli mnie trochę nawiedzić. Jeszczem był bardzo słaby, ale przecie mogłem już trochę rozmawiać, więc też nie czekając opowiedziałem im moją wizję św. Marcina i jego słowa.

— Hej! A może mnie tam i kradną w Komborni! — krzyknie pan Urbański, kiedym mu powtórzył pokłon świętego. — Oj! Powywieszałbym drabów do dziesiątego pokolenia! — A ja na to: