— Ej! Nie sroż się tak, panie Jędrzeju! Bo oto i mnie okradli do szczętu podczas mojej choroby, a ja przecie ich wieszać nie będę.

— A czemu?

— Bo pouciekali.

— A! To co innego.

Dopiero ja im opowiadałem cały kurs mojej choroby, wszystkie strachy i wiedźmy, i smoki, i gady, i ową śmierć. A kiedym skończył, rzecze znów pan Urbański:

— Widzi mi się, panie bracie, że to nie święty był, kiedy cię takiej choroby nabawił.

— A któż?

— To coś nieczystego.

— Jakże by to mógł być nieczysty, kiedy mnie takie piękne dawał nauki? Nie może być.

— Chyba żeś wiele grzeszków miał, na które przychodzi czas, bo inaczej to nie wiem, co.