— Nie dziwna to, panie bracie — odpowiedziałem — że nie wiesz, co. Boskich rzeczy nigdy nie trzeba rozumem dochodzić, bo albo się głupstwo wywiedzie, albo dogmat taki, który człowieka z drogi wiary sprowadzi i od Pana Boga odwraca.

— Tak jest — dodał pan Osuchowski — a kto by chciał rozumem wszystkiego dochodzić i zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić — jak mówi Kochanowski.

— Ba! Ale czy to wszystko prawda — zarzucił znowu pan Urbański — co ci ten święty powiadał?

— No, prawda nieprawda, to wszystko jedno; to był sen, a mogłem ja czego nie dosłyszeć albo potem przekręcić.

— Obaczymy — odpowie on — kiedy kupiec będzie na św. Marcin, to twoja prawda, a kiedy nie będzie, to moja.

— Dla mnie zawsze moja wiara jest prawdą — odpowiedziałem, a tymczasem pan Osuchowski:

— Ej! Co się tam będziecie spierać o prawdy, których obadwa nie rozumiecie. Jest który z was ksiądz czy teolog, czy biskup? Jak stoi w piśmie, tak wierz, a kiedy w wierze twojej najdzie się fałsz, to ty za to odpowiadać nie będziesz przed Panem Bogiem, jeno ten, co pismo pisał; boś ty jest prosty człowiek i nieuczony. Tak było u nas od wieków i dobrze było z tym; wszyscy w jedno wierzyli i jedno robili; a dzisiaj, kiedy się namnożyło piśmiennych a mądrych głów, to już każdy poszedł swoim torem i owóż, gdzieśmy tym zaszli. Ale i to gadanie na nic się nie zdało; lepiej opatrzyć gospodarstwo pana skarbnikowicza i od szkody go zabezpieczyć, kiedy się jeszcze nie może ruszać sam.

I tak się zaraz stało: Osuchowski, poczciwe człeczysko, poszedł na moją zagrodę, a pan Urbański został się przy mnie. I gawędziliśmy sobie pomału, bom ja nie bardzo się mógł natężać. Tymczasem wrócił pan Osuchowski i rzekł, że niepodobna mu w nocy oglądnąć wszystkiego; więc nocowali ci goście u mnie. Na drugi dzień pan Urbański, niespokojny o swoją Kombornię, wyjechał do niej; pan Osuchowski zaś został i od tego począł ład w moim gospodarstwie, że resztę złodziei, którzy nie pouciekali, porozpędzał na cztery wiatry, a postanowiwszy już zostać u mnie, póki całkiem nie wyzdrowieję, swoich kilku ludzi ze Mchawy tymczasem sprowadził i przy nich pomału dla mnie nowe sługi przyjmował. Mnie tymczasem znacznie zrobiło się lepiej, zabierałem się całymi siłami, tylko głód mnie morzył niesłychanie, a broniono mi jeść wszystkiego oprócz delikatnych legumin. Kiedym już stał dobrze na nogach i przechodził się z wolna po izbie, i ów Włoch, doktor Gondoni, którego jw. wojewodzina, pani wspaniałego umysłu i serca, dowiedziawszy się o mojej niebezpiecznej chorobie, gwałtem do mnie wysłała, cale niespodziewanie do Rab przyjechał. Frakowy perukarz ten kazał mnie sobie rzecz całą opowiadać ab ovo62, a na koniec i niemało mi kwestyj zadał o całego życia mojego curriculum63, mrucząc sobie na każde słowo coś po swojemu i zażywając tabakę. A wysłuchawszy i wymacawszy mnie po wszystkich żyłach, od uszu aż do pięt, rzekł tak:

Signor się dużo martwił po śmierci ojca, z czego dużo żółci wylało się w jego krew. Stąd musiała nastąpić choroba, ale nie przez to, że się święty pokazał we śnie. Wszakże i to, uderzając na nerwy i mózg, z czego ciało spotniało, a potem na jesiennym wietrze na górze się zaziębiło, mogło się wiele do choroby przyczynić albo ją zgoła przyśpieszyć. Ale teraz już nic, signor będzie zdrów, tylko trzeba zachować dietę i przez dziesięć dni jeszcze nie wychodzić z izby.

Powiedziawszy tę sentencję i dawszy mi maść na odrośnięcie czupryny, wziął dwadzieścia czerwonych złotych, niedźwiedziego sadła parę garncy i odjechał; a ja, wysmarowawszy czuprynę jego maścią, zjadłem zaraz kapłona i wypiłem szklankę starego wina dla zachowania diety.