Tak zachowując co dzień dietę około końca października Pan Bóg mi dał, żem się już nie potrzebował wyręczać panem Osuchowskim, sam chodząc około mojego gospodarstwa; a na Wszystkich Świętych byłem już u spowiedzi w kościele w Hoczwi i z pokorą słuchałem mszy świętej i pięknego kazania na tekst: „Wierz, a wiara cię zbawi”. — Młody ksiądz jakiś, mnich z pozoru, z wielką wymową i żarliwością powiedział to kazanie, dzieląc rzecz tak, że w pierwszej części wyłożył artykuły wiary świętej wedle przepisów Kościoła, z drugiej zaś uczynił mowę pełną aluzji do polityki tamtego czasu, a bijąc groźnie w to, iż z osłabieniem wiary w narodzie przyszły nań klęski doczesne, nieraz słuchaczom przywodził na pamięć słowa nieśmiertelnego ks. Skargi, który dzisiejszy stan rzeczy na dwa wieki już przepowiedział — i różne inne miejsca, które się właśnie do ówczesnego stanu tego kawałka kraju naszego jak najwyborniej stosowały. Kazanie to bardzo trafiło do mego przekonania i dziwiłem się, skąd się nagle w tym ustroniu tak wymowny wziął kaznodzieja; dopiero po mszy świętej dowiedziałem się, że to był mnich z zakonu misjonarzy św. Wincentego à Paulo, którzy właśnie nauką i kaznodziejstwem słynęli i odprawowali misje po kraju dla nawracania zbłąkanych albo niewiernych. Dziwnie oni się różnili od innych mnichów; zaraz tedy ubiorem — nosili bowiem suknię długą z czarnego sukna, z wysokim kołnierzem, białym płótnem obszytym, na wierzchu mantolet kanoniczny64, a na głowie czapka sukienna z opuszką z trzech końskich ogonów. Jakoż i w regule swojej mieli inne obowiązki od drugich mnichów, a najpierwszym z nich misje. Przyjmowali też rekolektantów dobrowolnych do domów swoich i udzielali im przez pięć dni pomieszkania, strawy i nauki bez żadnej za to nagrody. Poznałem się zaraz z tym księdzem i prosiłem go, aby na drugi dzień odprawił nabożeństwo na intencję mojego wyzdrowienia, i dawałem mu na to wedle zwyczaju pieniądze, ale przyjąć nie chciał, a przyrzekł, że nabożeństwo odprawi i tak. Zaprosiłem go więc, żeby mnie przynajmniej nawiedził kiedy w własnym mym domu, jak znów z misją pojedzie w te strony.

— Na przyszły rok, da Bóg doczekać, może się tu pokażemy — odpowiedział on — rzadkie tu kościoły łacińskiego obrządku, a wiele dusz łaknie słowa bożego.

I prawda, że tam rzadkie kościoły, bo Rabe na przykład należą do parafii w Wołkowyi, gdzie, gdybym chciał na mszy świętej być, tobym musiał dzień naprzód, i to rano, od siebie wyjeżdżać, a są wsie, którym jeszcze dalej jest do parafialnego kościoła; więc szlachta i łacinnicy, słudzy lub rzemieślnicy modlą się Panu Bogu po cerkwiach unickich, spowiedź świętą raz tylko odprawiają do roku, i to przed księdzem ritus graeci, bo jak się lody spiętrzą około Wielkiej Nocy, to ani kroku stamtąd nie można dać. To wszystko jedno przed Panem Bogiem, ale zawsze jest to grzech szlachty niemały, bo gdyby o to stali, to złożywszy się po lada czym, co parę wiosek swój kościołek by mogli mieć.

Ten dzień już strawiłem cały na plebanii i spędziłem go na pobożnej rozmowie z owym kaznodzieją, który także tam stał, a który na długi czas spragnioną duszę moją zasilił i w wierze świętej o wiele mnie wzmocnił. Dziwnie bowiem mądry to kapłan był, uczony we wszystkich świętych rzeczach, tak że już trudno sobie więcej pomyśleć, a co dziwniejsza, że przy tym i światowe rzeczy doskonale znał, tak jak który szlachcic ziemianin. A świątobliwość taka biła od niego, że kiedym z nim mówił, tom się go ręką dotknąć nie śmiał, jakby jakich relikwij. Doradził mi też on, ażebym, kiedy na mnie przyjdą frasunki i troski, Pismo święte do ręki ujął i czytał w nim albo kazania świątobliwych mężów i świętych żywoty, nad które nie masz skuteczniejszego lekarstwa na upadek duszy i utrzymanie się w wytrwałości w ziemskiej wędrówce tej. Usłuchałem jego rad i niemało z nich ulgi i pociechy doświadczyłem w późniejszym życiu.

Następnego dnia poszedłem do zamku, który stoi o kilkadziesiąt kroków od plebanii nad rzeką Hoczewką, wpadającą zaraz za wsią do Sanu. Pan Fredro, podstoli pomorski — mąż już niemłody, ale piękny jeszcze kawaler, od czasu swoich podróży po Włoszech jakiś bardzo frasobliwy i tylko czarny kolor na sobie noszący — mieszkał w tym zamku. Pan ten, ile że z bocznej linii senatorów idący i więcej do panów aspirujący, lubo65 szlachty pospolitej nie lubił i tylko dlatego z nią żył, ażeby z niej dworować, z nią pić i w pałasze się bić albo dokazywać na koniach — przyjął mnie jednak po starej znajomości grzecznie i zaraz na wstępie rzekł:

— Cóż, wymodliłeś się już za twoją chorobę? Hę? Teraz by podobno wypadało dać na mszę do św. Marcina, co?

— Dałem już na mszę świętą do Pana Boga, panie podstoli dobrodzieju, to i za świętych stanie.

— Masz rację — odpowie on — zawsze lepiej sprawę mieć z panem niż z podstarościm.

Odszedłem zaraz witać się z gośćmi, bo nie lubię słuchać mów takich filozofów, u których i najświętsze rzeczy nie ważą nic, a pan podstoli na dobre był przejęty tą filozofią i podobno innych książek nie znał jak Woltera i jego kolegów, których dzieła tyle wstrząśnień potem wywołały we Francji — a że było wiele szlachty w tej sali, więc jakoś mi to uszło. Tam też zostałem na obiedzie, przy którym po staremu pito wielką gębą i mnie też siłowano, alem się na ten raz wyprosił, bo raz, żem był niedawno po chorobie, a po wtóre, że dla nabożeństwa i rozmowy z Panem Bogiem w to miejsce przyjechawszy, nie godziło mi się już wdawać w taką światową rzecz. Otóż po obiedzie rzecze do mnie pan Fredro:

— Gdybym nie wiedział, że ci aż pan Urbański wino musiał przywozić do Rab, tobym był może na święty Marcin się zaprosił do ciebie, aby trochę zażyć górskiego polowania.