— Nic to nie wadzi, panie podstoli dobrodzieju — odpowiedziałem natychmiast — u mnie, chwała Bogu, jest winka dosyć w Bóbrce; ja je tylko dlatego nie trzymam w Rabach, że i nie mam tam piwnicy i kto wie, ażali tam długo pomieszkam, ale na święty Marcin, to będzie.
— No, no, ja żartuję — odpowiedział pan Fredro — i bez wina bym był przyjechał do Rab, bośmy to już o tym mówili; świadkiem pan Bal.
Otóż z obietnicą gości, a spokojniejszy na duszy i zdrowszy na ciele, pojechałem do Bóbrki, aby stamtąd zabrać, co trzeba było, na przyjęcie gości do Rab; bom to jeszcze prócz inwentarzów z Zabrodzia mało co tam był posprowadzał; z Bóbrki zaś już prosto do domu, gdzie nadglądając roboty szynek, salcesonów i kiełbas i młócąc owies dla koni gościnnych, czekałem z niecierpliwością owego tyle dla mnie ciekawego dnia świętego Marcina.
Śród ciągłego zatrudnienia i oczekiwania minęło mi tych dni kilka jak z bicza trzasł. Święty Marcin przybył, ale już nie na białym koniu, jak wtedy we śnie; widać musieli i w niebie na paszę wypuszczać turczynka. Dzień był ponowny66, chłodny, ale nie wietrzny, jakich wiele u nas w jesieni. Około południa poczęli się zjeżdżać goście i po staremu ci, co mieli drogę najdalszą, przyjechali najpierwej, bo się najraniej wybrali, ci, co mieszkali najbliżej, przybyli najpóźniej. Starczył się w słowie pan Fredro i z dwoma Balami, i z panem Tarnowieckim stawił się pierwszy. Tuż za nim nadciągnął od Huczwic działami67 pan Edmund Chojnacki, stolnikowicz rawski albo pisarzewicz grodzki sanocki, kiedy by go tytułować po ojcu; ale miał on natenczas już i sam się czym pochwalić, bo pierwszym rębaczem i junakiem swojego czasu był. Żył on natenczas w przyjaźni wielkiej z panem Janem Cieszanowskim, łowczym sieradzkim, i z nim razem z Kalnicy przyjechał. Dalej przyciągnęli: pan Urbański z Nurkowskim, Karsznicki z Balogroda, Strzeleccy z Łopienki i Krajewski z Terki, podczaszy przasnyski; nie minęła mnie też wizyta pana Bobrowskiego, sędzica grodzkiego sanockiego a właściciela Żernicy, którego matka była Karsznicka z domu, podkomorzanka halicka, urodzona z tejże samej Balówny, z którą miasteczko Balogród z rodziny Balów przeszło w dom Karsznickich. Przyjechali i inni, dalecy i bliscy, znajomi i nieznajomi, i zaraz z góry po odbytych powinszowaniach zapowiedzieli mnie, że będą polować u mnie; przyjąłem to bardzo wdzięcznie, ale pan Urbański, utrzymując nie bez słuszności, że polowanie u mnie i trzy grosze niewarte, bo nie mam ani psów siła, ani knieję znających myśliwych, zaprosił wszystkich do siebie. Na mnie więc tylko pozostało dać dobry obiad i wina nie skąpić, co też przyrządziłem, jak należało. Podczas obiadu zrobił się gwar jak w ulu i wtedy dopiero poczęły się owe serdeczności, całowania i przezdrowia68, którymi wszyscy chcieli mi dawać dowody swoich afektów i sentymentów. Jam był więcej zamyślony niż wesół i przyznam się, że mnie ta wesołość wcale nie pocieszała, a z tego, com widział, przymuszony byłem sobie powiedzieć te słowa: „Hej, hej! Jak to, kiedy człowiek zdrów, worek ma pełny i stół ma czym zastawić, to mu i przyjaciół nie braknie; a niedawno, kiedym był chory, że mnie ani do rozmowy, ani do traktamentu nie było, to mogłem i skonać bez ludzkiej twarzy widoku, a niejeden z tych, którzy mnie dzisiaj ściskają i całują serdecznie, może dobrze wiedział o moim nieszczęściu, ale mu ani na myśl nie przyszło podać mi rękę pomocną albo przyjść choć przynajmniej dla pocieszenia. I gdybym był skonał przed trzema dniami, tak samo ciż sami goście piliby byli po moim pogrzebie, jako dziś piją w mój anniwersarz69. Jakże to prawdę napisał ów poganin, mówiąc:
Donec felix eris, multos numerabis amicos;
Tempora si fuerint nubila, solus eris70
Widać już musiało tak bywać i za pogańskich czasów, kiedy on o tym wiedział. Mój Boże, jakże złą w gruncie jest ludzka natura!
Wtem pan Urbański, który tuż przy mnie siedział przy obiedzie, trącił mnie w łokieć i rzekł:
— Panie bracie! Jakoś się święty Marcin nie starczy w słowie71.
— Ha! Taka już wola boska — odpowiedziałem. — Mam ja przecież nadzieję, że jeszcze jego słowo się stanie.