— Jakież to słowo, jeżeli się godzi zapytać? — odezwie się na to pan Janicki, który siedział znów obok pana Urbańskiego. Ten pan Janicki nie był mi znany i teraz nawet po raz pierwszy jawił się w ziemi sanockiej. Kto on był w rzeczy, trudno mi to powiedzieć; mówiono o nim, że się bawił palestrą w Pilźnie i na tym kilkakroć sto tysięcy uciułał; teraz zaś, porzuciwszy swoje dawne rzemiosło, przyjechał tu gdzieś jakiejś ziemi kupić — inni powiadali, że był kotlarzem i na tym się fortuny dorobił; bądź co bądź, jednak to pewna, że go znano za konfederacji z pałaszem w ręku, że potem rzeczywiście ziemię w Sanockiem zakupił, ze szlachectwa się wywiódł i był uczciwym człowiekiem. Otóż powiedziałem mu całą rzecz.
— Hm! — odpowie on. — Może to ja jestem tym kupcem od świętego Marcina przysłanym, bo, dalibóg, że się tylko losem tu dzisiaj znajduję. Wiele ważą te dobra?
Odtrąciłem teraz ja znów pana Urbańskiego w łokieć i odpowiedziałem:
— Ja dałem sto sześćdziesiąt tysięcy.
— Ou! To sól, mospanie! — odpowiedział na to Janicki. — Ziemia licha, a góry, że aż strach.
Pan Urbański popatrzył się tylko spod oka na niego i brwi namarszczył, bo to on sam mi przecie te wsie sprzedawał, a wtem Janicki odezwie się znów:
— Strasznie to przesolone, bo ciekawym nawet, jak by tu procent odpowiedni wydusić?
— Mospanie! — rzeknie na to pan Urbański. — Waszmość nie wiesz, co mówisz! To ja sam sprzedawałem panu Nieczui te dobra i pewnie grosza nie wziąłem nad wartość.
— Tak to się mówi, mości dobrodzieju — odpowie tamten — ale każdy na tyle swoją ziemię wyciąga, na ile może.
— Waść rzeczy bierzesz po palestrancku i może się to gdzie dzieje na świecie, ale u nas nie!