— Przecieżby dziś za to tamtej sumy nikt nie zwrócił!

— Otóż żebym waści przekonał, że Rabe warte są te pieniądze — krzyknie już zacietrzewiony Urbański — to ja sam wrócę tę sumę. Panie skarbnikowiczu, daj Boże szczęście!

Jam stał osłupiony tym, co się w mych oczach działo; jakoż rzekłem po chwili:

— Nie może być! Ja waszmości nie sprzedam Rab, cóż poczniesz z tym?

— Co tobie do tego, co ja z tym pocznę! — zawoła on już w pasji. — Kiedy pieniądze mam, to mi kupić wolno, co chcę! A jak mi z tym nie pójdzie w ład, to sprzedam Kombornię i wszystkie tamte ziemie, a całe góry tutaj zakupię, to może wtedy pójdzie w ład! A choćby i nie poszło, to sobie lada komu w oczy ćwikać nie dam, żem więcej wziął, jak co jest warte!

— Ale ja przepraszam bardzo waszmości dobrodzieja — odezwie się pan Janicki.

— Co mnie tam waszmości przeprosiny! Przepraszaj sobie waszeć takich, którzy dobrami frymarczą i za lada tysiączek gotowi duszę swoją skląć od wszystkich diabłów; ja bez przeprosin zostanę ten, którym był, i prędzej jeszcze Rabe komu daruję, niżbym miał o grosz więcej na nich wziąć.

Z tymi słowy wstał pan Urbański od stołu i wyszedłszy na ganek, zaraz wyrostka swego po pieniądze do siebie słał; ale ja wybiegłem za nim i prosiłem, aby dał temu pokój, wszakże jutro mam w Jabłonkach być, to już tam zakończymy. I tak się stało. Tego dnia przy pomiernej zabawie jeszcze wszyscy u mnie zostali, a na drugi dzień znowu wszyscyśmy byli w Jabłonkach oprócz owego pana i Janickiego, któremu już nie godziło się jechać tam, bo stanął na bakier z samymże gospodarzem.

Polowaliśmy tam przez kilka dni i na tym polowaniu doświadczaliśmy każdy swoich sił i odwagi, ażeby to lepszym od drugiego być — i było jeszcze na co patrzeć natenczas, bo młódź szlachecka polowanie uważała niby za swoje rzemiosło i wiele dawała na to, ażeby we wszystkich łowieckich sztukach zręczną być. Ja nie mogłem jeszcze tak gorącego brać udziału w tej pięknej zabawie, bo przecie to jeszcze choroba dawała się czuć. Po polowaniu zaraz mi pan Urbański wypłacił owe sto sześćdziesiąt tysięcy i Rabe wziął.

I tak Pan Bóg przez szczególne zrządzenie swoje dał, że się obietnica owa dana mi we śnie sprawdziła do krzty, a jeszcze się stała przy tym i ta osobliwsza rzecz, że nie tylko na wyznaczony dzień istotnie kupiec był, ale nadto jeszcze tym kupcem musiał być ten, który owej przepowiedni wiary nie chciał dać. Dopieroż mi się przypomniały słowa owego świętego, który mówił wyraźnie: „Wierz, jak oni wierzyli, a kupiec będzie”. — I prawda: bo gdybym ja nie był wierzył, to nie byłoby przyszło do owej niewiary pana Urbańskiego i byłby był nie miał powodu rzec do mnie owych słów: „Panie bracie, jakoś się święty Marcin nie starczy w słowie” — na które się pan Janicki odezwał i wywołał całą tę rzecz.