— Wielmożny pan sobie żartuje — rzekła znów z flegmą a filuternie karczmarka — a tam może kto płacze za jegomością.
— Jak to? Za mną? — spytałem zadziwiony, bo mi na wieki wywietrzało z pamięci, że przede mną stojąca niewiasta była niegdy służebną w Źwierniku i że mogła wiedzieć o moich afektach, zgoła nawet o całym procederze351 tej sprawy. Tymczasem ona znów z wolna:
— Może bym się była pokłoniła jegomości od kogo, ale kiedy jegomość tak pusty, to widać już i zapomniał, co się działo niedawno.
— Nie może być! — zawołałem uradowany. — Może mnie co przywozisz z Źwiernika? Mówże prędko, za jedno słowo ocukruję cię całą.
— Panna Zofia kazała się kłaniać.
— Panna Zofia! — krzyknąłem w szale niewypowiedzianej radości i porwawszy karczmareczkę, posadziłem ją na kanapie, a sam, przysunąwszy sobie blisko niej krzesło, wołałem bez pamięci: — Mówże prędko, jak się ma panna Zofia? Kiedyś tam była? Kto cię tu przysłał? Co mówi matka?...
Ale ona, powstawszy z kanapy i wydobywszy maleńki listek zza gorsecika, oddała mi go, mówiąc:
— Kiedy tak, to czytajże sobie jegomość.
Wyrwałem czym prędzej z rąk jej ten listek i pobiegłszy do okna, rozpieczętowałem i czytałem po raz pierwszy tak łakomie, żem nic a nic nie zrozumiał. Dopiero przeczytawszy go po raz drugi i trzeci, dziwnie mi się zakłębiło w sercu i w oczach, szalona radość i najgłębsza boleść opanowały mnie zarazem, w jednym też momencie i roześmiałem się z pełnej piersi, i rzewnymi zalałem się łzami. Zosia bowiem pisała w ten sens:
„Wielce mnie miły Mości Panie Skarbnikowiczu! Nie umiem sobie sama tego wytłumaczyć, dlaczego tak naganny krok czynię, że bez wiedzy mamy piszę do Pana, ale to już inaczej nie może być. Po kilka razy sama sobie wytrącałam pióro z ręki i darłam list rozpoczęty; ale jakaś moc niewidoma przecie mnie przezwyciężyła na koniec, żem go dokończyć musiała. Może już tak Bóg chce, żebyś Waszmość koniecznie wiedział, co się tu dzieje. Wiedz Pan tedy, że z powodu tego nieszczęścia, które się tutaj stało, mama bardzo cierpi i posmutniała, dziadek także bardzo jest frasobliwy. Zuzia się śmieje, a jmć pan Lgocki ma na przyszły tydzień przyjechać po ostatnie słowo... Matka Najświętsza, do której zawsze, jak się wszyscy spać pokładną, ze łzami się modlę, prawdziwy cud swój pokaże nade mną, jeżeli mnie da zdrowo przenieść to wszystko, co się wciąż dzieje koło mnie i co się jeszcze dziać będzie. Nie ma już szczęścia dla mnie na świecie; niechże choć wiem, co się dzieje z Waszmością. Śniło mi się, że Waszmość bardzo jesteś zmartwiony; niespokojną jestem o niego, bo życzę mu z całego serca, abyś żył sto lat i był bardzo szczęśliwy, tylko mi napisz dwa słowa.