Zofia”.

Karczmareczka widząc mnie płaczącego, rzekła z troskliwością:

— Czegóż jegomość płacze? Czy tam stoi w liście co tak bardzo smutnego?

— Nic — rzekłem, tuląc się we łzach — pewno, że nic wesołego. Biedna Zosia!

— Oj, biedna, panie! Koniecznie ją chcą wydać za tego starościca, a tu darmo. Niebożątko po całych nocach płacze i ma rację, bo do czego to podobne małżeństwo z takim, z przeproszeniem jegomości, mazgajem, co jeno ludzie naśmiewają się z niego. Boże! Ani do tańca, ani do różańca; ja bym sama nie poszła za niego. Nie wiem nawet, co się przyśniło pani stolnikowej z takim panem młodym.

— Ot! Przyśniło jej się — odpowiedziałem — myśli, że już wygrała, kiedy jej zięć będzie miał o parę tysięcy więcej majątku niż inny.

— Boże! Boże! — zawołała karczmareczka, biorąc się oburącz za głowę. — Ta czegóż oni chcą od jegomości; przecież tu, chwała Bogu, i fortuna, i taki dostatek, że jeno chyba ptasiego mleka brakuje. I w Źwierniku więcej niczego nie ma.

— Widzisz! — rzekłem i otworzywszy żelazem okutą skrzynię, w której było kilkanaście worków pieniędzy. — Patrz! I tu jeszcze się najdzie.

— Jezus Maria! — zawołała karczmareczka. — I jeszcze nie chcą jegomości!

— A nie chcą.