— Powariowali, jak Pana Boga kocham.

— A powariowali — odpowiedziałem — ale powiedzże mi, jest jaka rada na to? Co myśli panna Zofia?

— Panna Zofia, nieboga, smutna bardzo i wciąż płacze. Przysłała po mnie ukradkiem do Tarnowa, bo ja to jeszcze od dziecka znam tę panienkę, przecie tyle lat byłam w tym domu, bo i prawdę powiedzieć, wychowałam się we Źwierniku. Otóż przysłała po mnie Zosia i powiada mnie: „Kasiu, zrób ty mnie to a to”. — I dlaczegóż bym była nie miała zrobić? Pojechać kilkanaście mil niewielka rzecz. Mąż i tak siedzi, nie sprzeciwi się temu — i pojechałam. Na odjezdnym mówiła mi Zosia: „Tylko, na miłość Boga, zaklinam cię, przekonaj się pierwej, co myśli o mnie pan skarbnikowicz; listu mu nie dawaj na żaden sposób, aż póki nie będziesz wiedziała na pewno, że tęskni za mną; ale kiedy się z nim rozgadasz, to powiedz jemu, że choćby mnie zabili, ja za Lgockiego nie pójdę”. — Zresztą nie wiem nic, bo prawdę powiedzieć, to i nie było czasu długo rozmawiać; zawsze to ten, to ów przejdzie i przeszkodzi. Tyleśmy tylko ze sobą gadały, co w oranżerii.

— Dziękuję ci bardzo, moja droga, za te najmilsze dla mnie nowiny i bądź pewna, że czy mnie Pan Bóg da kiedy dopiąć mojego zamiaru, czy nie, o tobie nigdy nie zapomnę, a kiedy już tak wszystkie, i moje, i Zosine wiesz tajemnice i kiedy od tak dawna poufała jesteś z domem źwiernickim, powiedzże mnie, jak ty rozumiesz, co tu począć w tym razie? Czy podług twego rozumienia jest jaka droga, którą byśmy mogli panią stolnikową ku sobie nakłonić, czy nie? Bo ja przyznam ci się, że lubobym352 Pan Bóg nie wie co nie dał za to, lubobym zaraz i połowę życia poświęcić gotów, jednak od dnia tej nieszczęśliwej rekuzy tak ogłupiałem, że ani jednej myśli w ład przyprowadzić nie mogę.

— A cóż ja mogę wiedzieć, panie? Przecie jegomość ma lepszy rozum ode mnie.

— Ba, rozum! Człowiek ma rozum wtedy, kiedy ma szczęście, ale jak nieszczęście, to i największy rozum cudzych rad łaknie. Słuchaj, ty masz także rozum, jak widzę, i wiesz pewno niejedną rzecz; czy nie można by czego dokazać przez Zuzię?

— Ej! Szkoda mówić, panie; to takie niedobre pannisko, że prędzej co komu złego zrobi, niż pomoże.

— A stary jegomość?

— Ta! Stary jegomość jedno, drugie słowo by mógł dorzucić, ale przecie nie to się dzieje, co on chce, tylko to, co pani.

— A któż by? No, może jaki sąsiad albo sąsiadka mogłaby co wymóc na samej pani? Bo, jak mi Bóg miły, tak bez cudzej pomocy ja sam ani kroku już nie zrobię. Krew się zagotowała we mnie i takem wyjechał z Źwiernika, że gdzieżby mnie tam teraz oczy pokazać samemu?