— A jakżeż nie! — zawołałem. — Przecież listy mam od niej.

— Listy masz? Cóż pisze?

— Tu masz, czytaj! — odpowiedziałem, dobywając dwa listy z zanadrza i oddając je jemu. Ale on ręką kiwnął mówiąc:

— A co mnie tam do tego, co ona pisze do ciebie! No, rzecz skończona. Zosia będzie twoją.

Komu się zdarzyło być w podobnym, jak moje było natenczas, położeniu, kto sobie tylko wyobrazić potrafi, co to znaczy po świeżo odebranej stanowczej rekuzie, po skłóceniu się z rodzicami panny w sposób tak gwałtowny, po utraceniu prawie wszystkich nadziei nagle usłyszeć słowa takie od kogoś, o którym się wie albo wierzy, że wszystko może i wszystko potrafi, ten się wcale dziwować nie będzie, że i ja się wtenczas Murdelionowi rzuciłem na szyję, nie wydając z siebie żadnego innego głosu prócz okrzyków tryumfu i podziękowania. On atoli był wciąż jeszcze zimny i jakby martwy i nie oddając mi uścisków, odsunął mnie lekko od siebie, mówiąc:

— Powoli! Dopiero to niewód zarzucony, jeszcze w nim ryby nie masz, a głupi, kto ryby łowi przed niewodem. Zosię dostaniesz — powiedziałem raz i słowa mego nie cofam. Ale jeszcze to wiele będziemy gadać o tym. Bo to, uważasz mnie, ręka rękę myje, a nic nie masz darmo na świecie. Zrobię ja coś dla ciebie, zrobisz ty dla mnie. Clara pacta claros faciunt amicos360.

— Ale zrobię, dlaczegóż by nie, tylko powiedz, co każesz.

— Zrobisz, ja wiem, że zrobisz, bo we wszystkim twoja własna korzyść będzie. Powiem ci tedy krótko a węzłowato, bo na co tu długich tergiwersacyj361? Historia mojego życia jest ci już wiadoma... Bywało różnie na tym świecie. Zrobiło się niejedno dobre, ale też i grzechów coś cięży na barkach. Niejedna dusza poszła na najgorsze drogi przeze mnie, niejedno dziecię osierociało, niejedna rodzina poszła z torbami na wieczny głód i nędzę. Od niejakiego czasu nic nie zrobiłem złego nikomu, ale też za to im więcej się latami oddalam od zbrodni moich, tym cięższe i nudniejsze mi życie, tym więcej mar dręczących kładzie się ze mną na nocny spoczynek, tym więcej snów okropnych wstaje ze mną co rano. Nieraz przez całe noce oka nie zmrużę, przez całe dnie nie mam pokarmu na ustach i błądząc długimi wieczorami samotnie po polach klasztornych, wlokę za sobą jakieś straszne wyblakłych cieniów gromady, które mnie szarpią, gadają do mnie, zatrzymują na drodze. Ten mnie ciągnie za połę i potrząsając mi brudnymi łachmanami w oczy, woła: „Zagrabiłeś fortunę moją, daj mi jeść, bo umrę z głodu!” — drugi mnie chwyta za rękę, mówiąc: „Panie! Gdzie siostra?” — inny: „Panie! Gdzie oblubienica moja?” — ówdzie dziatek drobniutkich gromadka chwyta mnie za nogi płacząc i jęcząc pokarmu! — Po lewej stronie na trzech suchych wierzbach skrzypią na wichrze trzy kościotrupy wisielców, a klekocąc do mnie kościami i kłapiąc zębami, wołają: „Przyprowadź nam księdza, poginęliśmy bez spowiedzi!” — po prawej ciągną niedobitki jakiejś gromady orężnej, odarci i ranni, z opuszczonymi szablami, z poobwiązywanymi głowami, i mówią chórem: „Poraniłeś nas, dobij nas!” — Czasem mi się zdaje, że się ziemia otwiera przede mną i chce mnie pochłonąć — inny raz, że mnie już pogrzebanego wyrzuciła ze swoich wnętrzności i że się moim trupem karmią drapieżne ptastwo i dzikie zwierzęta, włócząc kości moje przez wszystkie one pola, na których z szablą stawałem bić się dla zemsty prywatnej lub krotochwili. Biedny jestem, nędzny, umęczony. Inni ludzie, kiedy już przestępują próg męskiego wieku, zbierają pierwsze kłosy dawno poczynionych zasiewów, znajdują szczęście i pociechę w kochającej żonie, w dorastających dzieciach, a sowitą nagrodę za trudy i dolegliwości żywota dają im pięknej ich wiosennej młodości wspomnienia. U mnie pierwszymi kłosami żniwa są noce bezsenne i strasznymi zaludnione marami; żoną moją — burzące się we mnie sumienie; dziećmi — urągania i szyderstwa otaczających mnie ludzi; a na wspomnienia młodości sam sobie ręką muszę zakrywać oczy. I próżno dzisiaj zamknąłem się żywcem w murowanym grobowcu; próżno otoczyłem się ludźmi, których dusza spokojna i czysta jak kropla krynicznej wody i serce jak łza wypłakana przed Bogiem; próżno z nimi się wiążę rozmowami moimi, sprawami i życiem, próżno na modlitwach i służbach kościelnych długie trawię godziny; próżno się spowiadam, ciało i krew Pańską przyjmuję, nabożeństwa urządzam, sypię pieniądze na domy boże i litościwe uczynki — spokoju duszy i utraconej wiary niczym okupić nie mogę. Księża odpuścili mi dawno — ale czuję to w głębi serca, że mi Bóg nie odpuścił i na tej drodze nigdy mi nie odpuści. Jest coś, co mnie wiąże z całym dawnym żywotem moim, z całą przeszłością moją, i to tylko jedno zbawić mnie może!...

Tu Murdelio przerwał na chwilę i, kręcąc swoją tabakierę w rękach, patrzył wprost przed siebie, aż zaczął znowu:

— Ale jeżeli w życiu moim tyle najduje się złego, a mianowicie, jeżelim w czym uchybił jako obywatel i dłużnik mojego kraju... to temu nikt nie winien, jeno stolnikowa. Nigdy byłbym nie poszedł tymi drogami, gdyby nie ona. Może była we mnie krew zanadto gorąca za młodu, może z przyczyny danego mi wychowania dziwne we mnie się wyrobiło sumienie, ale to wszystko nic jeszcze! Krew by się była wyburzyła sama ze siebie, a sumienie przecie kiedyś byłoby się odezwało swoim przyrodzonym głosem, tak jak się dzisiaj odzywa. Ale ona! Ona miłością swoją obałamuciła mi serce, obietnicami głowę, żem się zaszalał, zatumanił, żem wszystko, cały świat stracił sprzed oczu, a widział tylko ją i życie z nią, i niczego nie pragnął więcej, tylko siebie i fortunę moją, i wszystko podesłać pod niewdzięczne jej nogi. Gdyby mnie była wtedy, kiedy została wdową, stanowczo odepchnęła od siebie i powiedziała, że mnie nienawidzi, że mnie widzieć nie chce na oczy, to byłbym się wściekł może z rozpaczy, ale przecie z czasem byłbym tak człowiekiem, jak inni! Bo czy to jedno przebolało się już w tym życiu?!... A ona wciąż nadziejami łudziła i pisała listy za listami, i przysięgała, że ojca ku mnie nakłoni, i zaklinała, ażebym był cierpliwy i czekał! Być może, że ona to czyniła tylko z obawy o siebie i ojca, abym ich drugi raz nie najechał, z obawy o mnie, abym sobie w łeb nie strzelił z rozpaczy. — O! Bo ona wiedziała, jakie serce mam dla niej i czym ona jest dla mnie! Być może, że to była obawa, ale czegóż w tych listach stoją gorące zapewnienia miłości, wynurzenia tęsknoty, żalu, przysięgi na zawsze i do śmierci?... O! Ja mam wszystkie te listy! Ja je mam i noszę je tu na piersiach, i z nimi chodzę, i śpię, i modlę się, i nimi owe duchy błąkające się przy mnie żegnam i odstraszam. Ale nie, wyrazy te w listach nie stały darmo — ona mnie kocha od pierwszego widzenia, kochała zawsze i kocha dziś jeszcze. I to jest owa nitka wiążąca mnie z moją przeszłością. Póki tej nitki nie rozerwę na zawsze albo jakimś mocniejszym węzłem nie powiążę na nowo i na wieki, póty nie będzie spokoju w mej duszy. Rozerwać jej nie mogę, trzeba ją związać koniecznie!