— Ale to jest kobieta uparta! — ciągnął po krótkim wytchnieniu Murdelio. — Nabożna, bogobojna, trwożliwa. Może by zaraz w rok po śmierci stolnika była oddała mi rękę, ale jej ktoś powiedział, żem ja diabłu duszę zapisał, aby się od moich nieprzyjaciół ochronić — odtąd nic jej już ku mnie nakłonić nie zdoła. Myślałem, że wstąpienie moje do klasztoru, ocieranie się o ołtarze i księży, zachowanie, jakie u świątobliwych ludzi zyskałem, odwiedzie ją od tej opinii; ale gdzież tam! Gorzej jeszcze. Jej się zdaje, żem się przed diabłem schronił do klasztoru. I na próżno nieraz całymi godzinami u nóg jej leżę, łzami oblewam ręce jej i nogi, tarzam się w prochu przed nią jak robak, jak płaz najnędzniejszy; na próżno klnę duszę i ciało moje, że będę najłagodniejszym dla niej mężem, że ją obsypię bogactwami i wszelkimi rozkoszami świata, że na koniec całą fortunę moją dzieciom jej oddam — ona jest jak głaz niewzruszona. „Może jeszcze mam serce dla ciebie — powiedziała mi niedawno — ale raczej zniosę wszystkie męczarnie, raczej śmierć, niżbym miała oddać ci rękę. Tyś jest zły duch i potępiony”. — Ale żebym miał świat cały do góry nogami wywrócić, dusza ta, o której wiem, że mi poślubioną była tam gdzieś za światami, choćby na jeden dzień tylko przed śmiercią, musi być moją! I będzie.
Tak mówił Murdelio. Ja zaś, mając już wyjaśnioną tę całą historię, która, nie mówię już, dziwną w sobie, ale dziwnie zdawała się być powiązaną z moimi własnymi losami, i mając czas do odetchnienia i namysłu, rzekłem na to:
— Kochany panie! Waćpan jesteś tak zły człowiek i taka czarna przeszłość ciąży nad twoją głową, że nie tylko nie zdarzyło mi się podobnego subiectum362 spotkać na życiu, ale nawet nie mógłbym był wierzyć temu, że się co podobnego naleźć może na naszej ziemi. Nie dziwuję się też wcale, że świat widzi w tobie samego diabła, bo iście diabelska dusza jest w tobie. Wiedząc, jaki jesteś, nie powinienem się ciebie ani ręką dotykać, ani słowa nawet przemówić do ciebie. Ale jam znowu ani taki rygorysta, ani taki bojaźliwy o swoje sumienie i choćbyś ty i diabłem samym był, i nie wiedzieć jak mistycznie mnie pętał, to mnie nie opętasz. Dobrych nauczycieli miałem za młodu i nauka ich w głowie, a wiara święta tak głęboko u mnie jest w sercu, że Panie Boże mi pomóż! Cale363 się nie obawiam o siebie. Dlatego mówić będą z tobą otwarcie, a najprzód powiadam ci to, jeżeli to prawda wszystko, co powiadasz, i jeżeli tak prawda, jak ja sobie tę całą rzecz zresztą wyobrażam, to ja wierzę temu, że ożenienie się twoje ze stolnikową mogłoby się dla ciebie stać zbawieniem. Syt już jesteś łotrostwa, krew młoda wyburzyła się w tobie; za młodu wychowany lada jako, żadnego uczciwego nie doznałeś uczucia, to jedno silnie zapanowało nad tobą i to jedno, dobrze prowadzone, mogłoby z ciebie zrobić człowieka. Wierzę temu, bo bywały już przykłady, że i najzakamienialsi zbrodniarze, jakimś jednym czystym powodowani uczuciem, nawracali się na drogę cnoty i stawali się nie tylko uczciwymi ludźmi, ale nawet wzniosłym przykładem i wzorem dla drugich, a niektórzy z nich, uznani za to przez Kościół święty, błyszczą dzisiaj jako najwspanialsze ozdoby całego człowieczeństwa. Daleko to zapewne do tego, tak jak do każdej wielkiej rzeczy, i aby tylko poprawy i oczyszczenia z takich ciężkich grzechów dostąpić, potrzeba już szczególnej łaski bożej, o czym u ciebie, dzisiaj przynajmniej, ani mowy być nie może. — Jednakże, bądź co bądź, ja w to wierzę, że ożenienie się twoje ze stolnikową mogłoby ciebie na dobrą naprowadzić drogę. Ale widać, że albo Pan Bóg już cale o tobie zapomniał, albo Opatrzność zupełnie innymi drogami nad tobą się ulitować zamyśla, bo gdyby Pan Bóg chciał tego, to pewno by już dawno tak był natchnął panią stolnikową, że do tego czasu już byś był i zapomniał, kiedyś się ożenił. Zresztą gdyby i tak było, gdyby i była w tym wola boża, to zawsze jeszcze nie rozumiem, jakim sposobem to uskutecznić zamyślasz; chyba że znowu zbrodnię jaką masz za rękawem, co, pomimo całej twojej poprawy, jeszcze zawsze być może.
— Hm! — rzekł na to po niejakiej chwili Murdelio. — Ty nie wierzysz w moją poprawę, a przecież w tej chwili masz najjawniejszy jej dowód. Powiedziałeś mi Pater noster364, jak ksiądz na spowiedzi; pomięszałeś mnie z błotem, podeptałeś mnie tak, jak jeszcze nikt w życiu; gdyby o mnie to był kto dawniej powiedział za oczyma, co ty dziś w oczy, to już by się dotychczas był kąpał we krwi swojej po uszy; a ja nic na to, a ja słucham ciebie pokornie jak żak profesora i kładąc uszy po sobie biję się jeno w piersi i modlę się po cichu. — Ja też na to:
— Ej! Nie bardzoś ty taki pokorny, jak się wydajesz; nie masz jeszcze ani tygodnia, jak za nic, ale to, jak mnie Bóg miły, za nic posiekałeś pana Urbańskiego na kwaśne jabłko.
— Na kwaśne jabłko, powiadasz? Bodaj ciebie! Ot, kreseczka mu się mała dostała, której do dzisiaj pewno i znaku już nie ma.
— Aha! Nie ma! Jeszcze i z łóżka nie wstawał.
— No! Mój kochany! Toż znowu trudno. Nikt się na to nie bije, żeby drugiego pogłaskał, tylko żeby go wybił.
— Ej! To tam mniejsza zresztą i o to nie chodzi; w pojedynku kto kogo rani czy zgoła zabije, za to nie odpowiada, bo przecie i swojej głowy nadstawia. Nie ma co o tym mówić; ale do rzeczy, do rzeczy. Więc jakież to masz plany względem skłonienia stolnikowej do swoich zamiarów?
— Owóż więc — rzekł Murdelio, zażywając tabaki — tylko słuchaj mnie uważnie, bierz rzeczy, jak są, a nie gorąco, boś, widzę, porywczy i przy zarozumiałości na swoją cnotę, z którą zresztą diabeł tam wie, jak stoi w rzeczy, masz jeszcze skłonność do kaznodziejstwa, a to nudna rzecz na dzisiejsze czasy. Więc jedna jest tylko droga i tej się chwycić należy.