To rzekłszy, porwałem klucze i pobiegłem do piwnicy, ale tą razą383 przyniosłem jeszcze lepszego wina, którego skoro tylko pokosztował pan podstoli, zaraz zawołał:
— To w tobie diabeł siedzi, mospanie, ale nie w Piotrowiczu! Skąd ty masz takie wino? Jak mnie Bóg miły, tak u Ossolińskiego, gdzie każdą beczkę i butelkę tak znam, jak u siebie, nie masz takiego kordiału.
— Wolne żarty! Panie podstoli dobrodzieju, ale snadź znajdzie się tam trochę lepsze, chociaż i u mnie jest jeszcze jedno, przy którym i to jakby cienkusz tylko wygląda.
— A! Panie Marcinie! — zawołał pan Bal. — Bierzesz nas na tortury! Chyba że chcesz, żebyśmy nigdy nie wyjechali od ciebie.
— Bodajbyście i nie wyjechali! — rzekłem, całując Bala po obu stronach twarzy, na co pan Fredro uśmiechnął się trochę i rzekł:
— Niechże wam Bóg sekunduje! Z czego ta szlachta nasza porobione ma serca, dalibóg, nikt nie odgadnie. Dosyć się nadeptałem po cudzych krajach i ziemiach, i grodach, i miastach i zawsze to sobie powiadam, że nasza cara patria384 ledwie by na pastwisko być mogła dla tamtych; ale co się tyczy przyjaźni i gościnności, toby tamtym wszystkim długo się uczyć u naszej szlachty...
— I snadź385 nigdy się nie nauczyć — dodał pan Bal. — Chodziłem ja między Niemce i inne Angielczyki, byłem nawet w Szwajcarii, gdzie to lody wieczne na górach, a na dołach pomarańcze i lemony, potrąciłem takoż o Włochy, gdzie znowu tak gorąco, że aż człowiek topnieje — ale niechże nie będę Balem, jeżelim tam co widział z tych cudów, o których wy powiadacie. Ot! Zwyczajne bajki i koniec.
— Nie gadajże tak, proszę ciebie — odpowiedział podstoli, uśmiechając się dobrodusznie, co było już znakiem bardzo dobrego humoru — tyś był za granicą, to prawda, aleś tam był dla potrzeby; przeszedłeś przez Niemcy, nie umiejąc ani jednego słowa po niemiecku...
— Przecie mnie rozumieli — przerwał pan Bal.
— Oni ciebie rozumieli, aleś ty ich nie rozumiał.