— Dlaczego by nie! I ja ich rozumiałem. Do pół Niemiec wszędzie gadają po polsku, w drugiej zaś połowie choć nie gadają, to przecie rozumieją. Ja ani jednego słowa nie umiem powiedzieć z niemiecka, a przecie nigdziem ani głodu, ani pragnienia nie zaznał.

— Poczciwy kasztelanic — rzekł na to pan Fredro — ale na cudzych krajach nic a nic się nie rozumie.

I takeśmy się zabawiali stateczną rozmową, od jednej do drugiej przeskakując materii, i bardzo nam przyjemnie czas schodził, bo już to, prawdę mówiąc, nie masz podobno nic na świecie nad dobrą kompanię. A lubo pan Fredro ani na jedną chwilę nie zapomniał o tym, że się w starych papierach trochę więcej czego nachodzi o jego niżeli o naszych antenatach i z tej przyczyny nawet, jeżeli kogo po przyjacielsku brał pod ramię, nigdy nie zaniedbywał łokciem go drapnąć po żebrach, to jednak nie wiem, jak komu, ale mnie to nic nie wadziło. Trąci mnie Fredro, trącę ja pospolitszego od siebie szlachcica, tamten znowu trąci zagonowego, zagonowy potrąci mieszczuka, mieszczuk potrąci chłopa, a i chłop jeszcze, kiedy mu przyjdzie ta fantazja, potrąci Żyda lub innego jakiego hultaja i tak wciąż idzie na tym bożym świecie, i nierozumny by był ten, kto by się gniewał za to. Lecz kiedy sobie tak rozmawiamy, ja gościom moim coraz lepsze wino zastawiam i czym mogę im służę, oni zaś ustawicznie się sadzą na pochwały i komplimenta dla mojej piwnicy; nagle nowy turkot nowych gości zapowiedział przed gankiem.

— Widzisz — zawołał na to zaraz pan Fredro — szlachta dobre wino zwąchała i ciągnie do niego jak mucha do miodu.

Tymczasem zaś drzwi się otworzyły z łoskotem i wpadł ni mniej, ni więcej, tylko Stojowski, Lgocki starościc i ów bogaty wuj jego, którego poznałem był w Źwierniku, imć pan Kąkolnicki. Ucieszony tak niespodziewanym darem bożym, skoczyłem do nich, witając i całując się z nimi serdecznie, oni też ze mną nie mniej kordialnie, osobliwie też pan Stojowski, z którym już mnie, jeżeli nie przyjaźń, to przynajmniej wzajemne poszanowanie wiązało; a podczas kiedy ja się tu cieszę z moimi gośćmi i witam ich, stołki im do stolika przystawiam i, jak mogę, sadowię i raczę, rzecze pan Fredro, który się wcale z miejsca swego nie ruszał:

— Panie Stojowski, widzę, mnie nie poznałeś — a pan Bal dodał zaraz:

— Ani mnie także.

Stanął tedy Stojowski, przypatrując się im obudwom386, pocierał sobie czoło, mówiąc:

— Przysięgnę na to, że was znam obudwóch, zdybywaliśmy się gdzieś podczas wojny, ale żeby mnie kto zabił... otóż to pamięć przeklęta!

Ale kiedy ja pomogłem, skoczyli zaraz serdecznie do siebie, witając się wzajem i jakieś dawne, to szkolne z Warszawy, to wojenne skądinąd czasy sobie przypominając. Ja też tymczasem witałem się z panem Kąkolnickim, powiadając mu kilka słów grzecznych, jak na gospodarza przystało. Jednakże wkrótce ta urywana rozmowa ustała, a nie minęło i pół godziny, kiedy przeniósłszy się z gośćmi do wielkiej sali i naniósłszy doskonałego wina pod dostatek, bawiliśmy się doskonale, będąc sobie wesołej myśli i najlepszej swady. Lgocki tylko jeden, jako zwyczajnie niewiele miał do gadania, milczał i teraz, i chmurno jakoś na mnie spoglądał. Nie miałem atoli czasu ani ochoty uważać na to, a lubo nieraz mnie ta myśl zalatywała, że ta niespodziewana wizyta Mazurów u mnie ma zapewne ważniejsze niż zwyczajne wizytowe powody i że snadź nie o kogo innego tu chodzić będzie, jeno o tego biednego starościca, toż jednak obowiązek gospodarza nie pozwalał mi myśli moich odrywać od chwili obecnej i moich gości, a wszelkie deliberacje387 rozkazywał zostawiać na później. Jednakże później rzecz cała wytoczyła się na stół, a to w ten sposób.