Pijemy, rozmawiamy, to siedząc, to chodząc, ten z tym, a tamten z owym. Stojowski zaś najwięcej już ze mną. Nareszcie wziął mnie pod ramię i zaprowadziwszy do drugiej izby, rzekł mi:
— Kochany panie Marcinie, mamy tu do ciebie prośbę jedną.
— Może sprawa jaka — odpowiedziałem — jeżeli tak jest, to mów śmiało i bez ogródki, u mnie serce nie bardzo płochliwe.
— Nie jest to sprawa — rzecze on — tylko prośba, której pewno odmówić nie zechcesz; jednak przyznam ci się, że sam nie wiem, od czego zacząć. — Ja też na to:
— Kiedy nie wiesz, od czego zacząć, to niechże się bez początku obejdzie, wal prosto in medias res388: ze mną wiele ceremonii nie trzeba.
— Hm! Bo widzisz... jest to zawsze delikatna materia. Lgoccy prosili mnie na mediatora...
— Lgoccy? — zawołałem. — Czegóż mogą chcieć Lgoccy ode mnie?
— Siadajże, proszę ciebie, opowiem ci całą rzecz.
— Mów bez ogródki.
— Owóż taka jest rzecz. Wiadomo ci jest, że Lgocki młody, którego znasz, a który tutaj jest ze mną, stara się od dawna o pannę Zofię Strzegocką. Zaszalał się nieborak do tego stopnia, że już wariuje na czysto.