— Nie dziwię się wcale, bo jest też za czym.
Na te słowa moje Stojowski się popatrzył na mnie z uwagą, jakby chciał z twarzy mojej odgadnąć, co one znaczą, a potem rzekł:
— Może jest za czym, ale nie ma dlaczego. Rzecz się bowiem tak ma, że i matka panny, i dziadek wcale nie mają nic przeciw temu mariażowi.
— Jak to! I dziadek? — zapytałem obcesem.
Zmięszał się trochę mediator, ale po chwili odpowiedział stanowczo:
— I dziadek. Sam z nim mówiłem; protestował się wprawdzie z początku, zarzucał wiele rzeczy Lgockiemu, ale na koniec dał się przekonać.
— To, widzę, dołki kopiecie pode mną! — zawołałem, srodze się popatrzywszy na niego. Ale on na to łagodnie:
— Kiedy tak, to już nie ma dalej co mówić.
— Mów, mów, niechaj wiem przynajmniej, o co wam chodzi.
— Dobrze, ja będę mówił, ale muszę cię najpierw uprzedzić, iż ja całkiem obojętny jestem obrotowi tej sprawy. Prosili mnie Lgoccy, abym starościca deklarował...