— Jak to, to już się i zdeklarował?! — zawołałem znów niecierpliwie.
Na to Stojowski odsunął się ode mnie i przeszedłszy się parę razy po izbie, zajrzał w okno i rzekł:
— Piękne dnie teraz mamy, da Bóg doczekać, będziemy rychłą wiosnę mieli w tym roku.
— Mój Stojowski! — zawołałem natenczas. — Nie rób ze mną komedii; to tobie komedia, a mnie serce się krwawi z niespokojności i bólu. Mów, co się stało i czego chcecie ode mnie?
— Nic się nie stało i już niczego nie chcemy. Ja sobie tę rzecz całkiem wyobrażałem inaczej. A zresztą, gniewasz się, rzucasz sobą, a my tu właśnie nie po gniew i burdę jaką przyjechali, tylko po zgodę i piękne porozumienie się z tobą.
— Mówże prędko, proszę ciebie, już będę milczał jak kamień.
Zaczął więc znowu łagodnie.
— Słuchajże tylko pięknie i cierpliwie. Otóż przed kilkoma dniami pojechałem ze starościcem do Źwiernika i deklarowałem go pani stolnikowej. Mówiliśmy długo i szeroko. Pani stolnikowa oświadczyła nam, iż nie tylko nic nie ma przeciw temu, ażeby Zosia oddała rękę starościcowi, ale i owszem, będzie sobie to mieć za szczęście i spełnienie najgorętszych jej życzeń. „Jednakże — mówiła nam pani Strzegocka — zachodzi tu jedna okoliczność, która mnie wielce martwi i niepokoi, a którą chciałabym mieć koniecznie załatwioną przed daniem całego słowa. Oto imć pan Nieczuja, krewny naszego domu i z wielu względów bardzo szanowany kawaler, niedawnymi czasy także się deklarował o rękę Zosi. Są pewne względy, które mnie nie kazały przyzwolić na to małżeństwo; jakoż odmówiłam panu Nieczui. On atoli, lubo starałam się odmowę moją w jak najgrzeczniejszy sposób ułożyć, przyjął ją z niechęcią, z wielkim gniewem i z przekleństwem prawie na dom nasz i całą rodzinę ze Źwiernika odjechał i dotąd się nie pokazał. Ja zanadto poważam sobie pana Nieczuję, zanadto z wielką przyjaźnią jestem dla niego, zanadto zresztą dbam o przyszłe szczęście i spokój mojej córki, ażebym gniewowi takiemu na mnie i na całą moją familię mogła dać żywić się dłużej albo żebym przed ułagodzeniem go nie omijała rzeczy takich, które by go jeszcze mogły rozżarzać. Może ja tu oględność moją za daleko posuwam i może to wszystko wcale jest niepotrzebnym, ale to trudno; byłam sama świadkiem, jakie okropne skutki nieoględna rekuza sprawiła w pewnym domu w dawnym naszym sąsiedztwie i po prostu się boję. Nie mam tedy nic przeciw panu Lgockiemu — mówiła pani stolnikowa — i owszem, zezwalam; ale pierwej całego słowa mojego nie dam, póki waszmość nie postaracie się o to, aby jmć pan Nieczuja zdjął przekleństwa i groźby swoje ze mnie i domu mojego”.
Zatrzymał się w tym miejscu Stojowski, a ja, który przez cały ten czas nawet oddech zatrzymywałem w piersiach, zaczerpnąłem cokolwiek powietrza i odetchnąłem. Jawno mi już teraz było, że doskonałą prawdę mówił Stojowski; jawno i to, dlaczego stolnikowa wymaga ode mnie słowa na to, że żadnego nie będę miał gniewu dla niej ani dla Zosi; pamięć Murdeliona i jego gniewu stała jej żywo przed oczyma... obawiała się znaleźć drugą taką samą dozę diabelskiego specjału we mnie... Ale nie bójcie się! Pomyślałem: nie podług wyjątków należy sądzić ludzi na świecie, nie podług tych, którzy się wyszczególniają i wynoszą nad ogół!... Ja się nie gniewam. Jam niczym nie wystąpił nad masę, jam tylko jest zwyczajną i równą innym cząstką milionowego ogółu, ja żadnego wywyższenia nie pragnę; ja żyję w kąciku i postępując wedle odwiecznych praw boskich i obyczajów ludzkich, które mam przekazane od ojców, nie chcę niczego więcej, tylko być zawsze tym, czym byli oni. I byle tylko nikt wyższych praw sobie nie rościł nade mnie, bylem ja został po staremu omnibus par, nemini inferior389, to więcej niczego nie zapragnę i do wywyższenia albo wyszczególnienia się nie użyję ani gniewu, ani złości, ani gwałtu, ani żadnego innego nadzwyczajnego środka; a jeżeli mi Bóg dał jakowe cnoty lub zdolności, to i te niechaj się spalą na ołtarzu wspólnego dobra, wraz z milionami cnót innych mojego zakonu, przez nikogo nieznane i nienagrodzone, tylko Twoim oczom widome, o Panie wielki! Abyś mi je policzyć mógł kiedyś, kiedy z otwartym całego życia mojego sumieniem stanąć mi przyjdzie przed Tobą. Ja się nie gniewam i nie gniewałem się nigdy, a jeżeli dnia jednego jakich cierpkich słów kilka wyleciało z ust moich przeciwko bezbronnej kobiecie, przeciwko matce tej niewinnej istoty, która mi się stała wszystkim na świecie, to była to raczej gorąca skarga na los mnie przeciwny, niżeli zła chęć jaka dla domu tego, pod którego dachem szukałem szczęścia na całe życie. I było to w samej rzeczy. Od dnia, w którym z taką furią wyjechałem był ze Źwiernika, daleko więcej myślałem nad tym, jak by stolnikową na nowo dla siebie przebłagać, jak by jej gniew słuszny i sprawiedliwy zdjąć ze siebie samego, niżeli żeby sobie gniew jaki na nią żywić lub rozżarzać. Vana zresztą sine viribus ira390 i cóż by mnie było po moim gniewie?... Dla mnie matka tej, którą kochałem nad życie, była osobą świętą i nietykalną i gdyby mi przyszło było iść na wieczną nędzę lub śmierć z jej przyczyny, to jeszcze nie byłbym nigdy potrafił trzeźwymi usty rzucić złe słowo na nią, a nie dopiero podjąć jaki niegodziwy uczynek. O! Tak było, i pewnie tak było! — Jam w niczym nie był podobny do Murdeliona. Ale... — myślałem długo i z natężeniem... — ale cóż za odpowiedź dać Stojowskiemu? Wyprzeć się by najmniejszego na dom Strzegockich gniewu, znaczyło to po prostu błogosławić Lgockiemu do ołtarza ze Zosią; przyznać li się do gniewu, którego ani cienia nie było w mym sercu? — jak to uczynić? Ale rozum, ów niezmordowany rachmistrz duszy człowieczej, ów nieubłagany nieprzyjaciel wszelkich odpowiedzi stanowczych, czegóż to nie doradzi? Rzekłem tedy do Stojowskiego:
— Cóż Zosia na to?