— Zosia jest jeszcze dzieckiem prawie — odpowiedział mediator — nie może ona w tak ważnej rzeczy mieć swojej opinii.
— Jak to! — zawołałem. — Toż nawet tutaj swojej opinii mieć nie będzie, gdzie o nią samą idzie, gdzie idzie o jej szczęście doczesne, o jej życie całe, o jej jedyne i wszystko na świecie? O świat! O ludzie! — zawołałem z żalem i ze łzami w oczach zacząłem chodzić po izbie. Stojowski stał oparty o krawędź stołu i nie przerywając mi wcale, patrzył, ile mi się zdawało, ze szczerym współczuciem na mnie. Milczenie to trwało długą chwilę; ja ustawicznie chodziłem po izbie i im więcej się przezwyciężałem, aby się w żalu utulić, tym mocniej mi się serce ściskało i tym obfitsze łzy wyciskały mi się z oczu. Już i rozum, który znów swoją podsuwał radę, umilknąć musiał przed nawałą uczucia. Aby jednak to jakoś zakończyć nareszcie, stanąłem i łkającym głosem spytałem Stojowskiego:
— Czegóż wy chcecie ode mnie?
To zapytanie moje przyniosło najlepszy skutek. Skoczył on bowiem zaraz do mnie i także ze łzami w oczach porwał mnie za rękę, a ściskając ją mocno, rzekł:
— Przebacz mi, panie bracie! Poznałem cię inszym, a widzę cię wcale inszym. Gdybym był o tym pierwej wiedział, co teraz widzę, nie byłbym się nigdy podjął tego orędownictwa. Kto by nie szanował praw serca, tego najprzedniejszego klejnotu w człowieku, ten niewart nazwiska człowieka. Przebacz mi, panie bracie!
— Nie gniewam się nic a nic i na nikogo się nie gniewam — odpowiedziałem, ściskając mu rękę z afektem — ale własną ręką swego serca zabijać nie będę. Dziękuję tobie, że mnie rozumiesz, i Bóg jest świadkiem moim, co myślę, ale nikomu nic odpowiadać nie będę. Niech sobie robią, co chcą.
Chwilę jeszcze rozmawialiśmy z sobą w tej izbie, wypowiadając sobie wzajemne sentymenta; a właśnie kiedy świece przynoszono do sali, poobcierawszy się z łez i odetchnąwszy po kilka razy, powróciliśmy do reszty kompanii. Tam, nie wiem z jakiego powodu, ale zapewne wskutek jakiegoś źle wyrozumianego gestu Stojowskiego albo wskutek fałszywie wyczytanego którejś z naszych twarzy wyrazu, ledwie com wszedł, zaraz ów drugi Lgockiego towarzysz, pan Kąkolnicki, przybliżył się do mnie i wyciągnąwszy obiedwie391 ręce, rzekł:
— W imieniu Lgockich i całego pani stolnikowej domu bardzo dziękujemy waszmości; nigdy nawet nie spodziewaliśmy się inaczej.
— Za cóż to mi waszmość dziękujesz? — zapytałem zdziwiony, cofając się przed nienależącym mi się komplimentem.
— A dziękujemy waszmości, żeś był tak łaskaw...