— Otóż wam właśnie zaszkodzi, bo wyście niedorzeczność zrobili, nie ja.
— Jakąż to niedorzeczność?
— Toż to dorzecznie jest — zawołałem — przyjeżdżać do konkurenta po to, aby swojej pannie pozwolił iść za innego!
— Cha, cha, cha! Otóż to osobliwa! — zawołał pan Fredro, a Stojowski w tejże chwili usiadł przy nim na kanapie, dając oczywiście tym do poznania, że od wszystkiego ręce umywa. Tymczasem zaś Lgocki wstał z krzesła i stanął po stronie Kąkolnickiego, który tuż rzekł:
— Przepraszam waszmość pana, nie ten jest niedorzeczny, który łagodnie prosi o to, iżby mu nie przeszkadzano w konkurach, ale ten właśnie, który się sroży na próżno i upiera przy tym, co być nie może. — A ja mu na to:
— Co mi waszmość gadasz trzy po trzy? Sameś głupstwo zrobił i teraz składasz je na drugiego! Co waszmość wiesz, co być może, a co nie może!
— Wiem bardzo dobrze — rzekł on — waszmość tej panny nigdy nie dostaniesz; tak już jest zapisano.
— A żeby tam było i na kamieniu ryto, to ja wam powiadam, że wy jej dostaniecie!
— Otóż dostaniemy! — zawołał Lgocki. — Pani stolnikowa dała nam słowo.
— Nieprawda! — krzyknę. — Nie dała!