— Dała słowo! — zawołał znów Lgocki. — I żebyś wiedział, Niecuja, żebym cię zaraz zabił, kiedy byś chciał temu pseskadzać!
— Pójdziesz ty z twoim zabijaniem! — krzyknąłem na niego. — Patrzajże, jaki mi heros! — A wtem pan Bal wstał z kanapy i stanąwszy po mojej stronie, rzecze grubym głosem:
— Hola, mości panowie! O co to chodzi?
— O co chodzi, to chodzi! — krzyknie na to Lgocki już w pasji. — Co wasmości do tego?
— Co mnie do tego? — zawołał Bal. — To będziecie na cudzy dom najeżdżać i burdy w nim robić! Otóż ja wam powiadam, że panny nie dostaniecie i że pan Nieczuja dostać ją musi! Co to myślicie? To jest sprawa dziś całej ziemi. Obraziliście nas tu wszystkich, bo tu nie pojedynkiem, mospanie, tu wszyscy za jednego i jeden za wszystkich.
— Nie damy się napadać — krzyknął znów Lgocki — tu się z nami wybijcie! — i dodał z płaczem. — Niechze mnie juz zaraz zabiją!
— Tu się z nami wybijcie! — powtórzył z ferworem Kąkolnicki i poczęli się brać za szable. Pan Bal też zaraz dobył karabeli i kiedy ja, pośród krzyku i zamięszania porwawszy jakąś serpentynę z kąta, tuż chcę stawać do bitwy, woła Bal już rozogniony: „Tu stawaj, po prawej!” — Przeskoczyłem na prawą stronę i za jedną sekundę bylibyśmy już jak Bóg w niebie uderzyli, ale wtem otworzyły się drzwi z łoskotem i w tymże samym momencie, kiedy w sieni dawał się słyszeć głos kobiety wołający: „Dlaboga! Gdzie pan? Gdzie pan?” — wpadła owa znajoma nam karczmarka do sali i rzuciwszy się najpierw pomiędzy nas, a potem mnie do nóg, zawołała:
— Ach, panie, co się tam stało w Źwierniku!
— Co się stało? — krzyknąłem przerażony i pałasz upuszczając ku ziemi.
— Ach! Panie! — odpowiedziała ona, nie mogąc mówić dalej, bo była nadzwyczajnie zmęczoną i prawie omdlewającą.