Pan Fredro i Stojowski, którzy dotychczas nieruchomie siedzieli na kanapie, zerwali się i przybiegli do nas; myśmy także, pospuszczawszy pałasze, skupili się razem i okrążywszy tę młodą niewiastkę, wypytywali:

— Co, co tam się stało?

— Pozaprzeszłej nocy... panie... — mówiła ona drżącym i przerywanym głosem — napadł ktoś zbrojnie na dwór źwiernicki.

— Napadł! — krzyknęliśmy obadwa z Lgockim prawie jednocześnie. — I cóż uczynił?

— Napadł... i porwawszy panią stolnikową, wywiózł ją gdzieś het!... Bóg wie dokąd.

— Boże! A Zosia? — zawołałem, bledniejąc cały i drżąc po wszystkim ciele.

— Wszyscy reszta zostali.

— Hej! Zaprzęgać mi czym prędzej do wózka — zawołałem, wybiegając do sieni.

— I nam zaprzęgać! I nam zaprzęgać! — wołali inni i już się robił gwar i zamięszanie. Lgocki tylko jeszcze rzucił mi się na szyję, wołając: „Psebac, panie Niecuja! Ratuj Zosię, ja dam milion pieniędzy!” — Kąkolnicki zaś, kręcąc się tędy owędy, mówił sobie pod nosem: „Tu nie ma co robić, trzeba stolnikową ratować!” — Stojowski rwie mnie w tę stronę, Bal w drugą, inny w inną; ale ja już nie wiedziałem, gdziem jest i co się dzieje ze mną, więc także, biegając od kąta do kąta, zawołałem jeszcze podstarościego i krzyknąwszy mu w ucho: „Kołkiem, waszeć, w moim pokoju”, wskoczyłem ja z Lgockim w jeden wózek, Stojowski z Kąkolnickim na drugi i ruszaliśmy nocą i cwałem do Źwiernika.

A działo się to w dniach pierwszych miesiąca kwietnia; ziemia się rozmarzała, śniegi topniały ustawicznie, pora była dżdżysta i wielka roskal394 po drogach, więc łamały nam się w tej podróży koła u wozów, wylatywały szprychy, odpadały i gubiły się lusznie, grzęźliśmy w wielu miejscach; pomimo to jednak dnia następnego po południu pokazała nam się wieś Źwiernik pomiędzy dwoma podłużnymi piaszczystymi garbami, nad jakąś małą rzeczką w dole wyciągniętą, i taka cicha, taka spokojna, jak zawsze, i jakby o niczym niewiedząca. Nareszcie i dwór nam się pokazał ze swoimi białymi zabudowaniami, malowanymi dachami i gładkim przed sobą dziedzińcem, ale i na nim jeszcze nie widzieliśmy żadnych śladów zajazdu lub gwałtu. Dopiero w środek wjechawszy, ujrzeliśmy trochę niezwyczajnego ruchu około domu; dwa wozy naładowane i uprzężone stały przed gankiem, sługi się tu i owdzie kręciły, gromadka chłopków stała z pospuszczanymi głowami przed oficyną i gwarzyła pomiędzy sobą, a dziadek o lasce oparty stał w ganku i orzeźwiony czy ważnością wypadku, czy jakiejś sprawy przedsiębrać się mającej, głośne wydawał rozkazy i rozporządzał. Mąż ten w ową chwilę odmłodniał był o połowę lat swoich, a ponieważ ślady setnego wieku i strupieszałości prawie grobowej wciąż na nim widne były, więc wydał mi się na razie, jakby jaki od wieków już w trumnie spoczywający praojciec, który, nową zbudzony wojną, wyszedł z grobu na chwilę.