Kiedyśmy zajechali w dziedziniec i dla owych wozów ładowanych, zastępujących nam miejsce zajezdne, opodal stanęli od ganku, starzec przyłożył dłoń wyciągniętą do czoła i mocnym głosem zapytał:
— Czy Nieczuja przyjechał?
— Nieczuja, panie cześniku, Nieczuja! — zawołałem, wyskakując z wózka, a przybiegłszy do starca, rzuciłem mu się w ramiona i popłakaliśmy się obadwa.
— Wiedziałem, że mi nie odmówisz pomocy — rzekł pan cześnik po chwili, wypuszczając mnie z swojego objęcia i łzy ocierając. — Kiedyż posłaniec przyjechał?
— Posłaniec? — zapytałem zdziwiony. — Ja żadnego nie widziałem posłańca. Przypadkiem tylko się dowiedziałem.
— Przypadkiem? No! Wszystko jedno. Wiesz, co się stało. Ja dziś wyjeżdżam, będziesz mi towarzyszył?
— Ale z całego serca, mości dobrodzieju, wszakże po to tu przyjechałem.
— Ale bo to sto mil drogi — rzekł starzec.
— A gdyby i tysiąc! — rzekłem w zapale. — I gdyby przez ogień i piekło, pewnie się nie ustraszę i możesz jegomość liczyć na mnie jakby na syna.
— Niechże ci Bóg nagrodzi, kochany Marcinie — rzekł starzec, nachylając się ku mnie i całując w głowę. — Znam się na ludziach i wiem, czego w kim szukać.