To mówiąc, pan cześnik wziął mnie pod ramię i nie witając się cale z tamtymi, prowadził mnie do pokojów. Tamci jednak postępowali za nami. Ale ledwie cośmy weszli w próg sali, natychmiast Zosia, która, zawinięta i już do podróży ubrana, ze spuszczoną główką siedziała pod oknem, ujrzawszy nas, zerwała się nagle i jakby strzała wypuszczona z łuku skoczyła ku mnie i z głośnym krzykiem: „Pan Marcin!” — rzuciła mi się na piersi. Była to scena, jakiej nigdy już potem nie doświadczyłem w życiu. Sam nie wiem, co się działo ze mną natenczas, ale to pewna, że jakie tylko uczucia i ile tylko miałem ich w sercu, wszystkie się w duszę moją wylały. Mógłbym był i śmiać się, i płakać, i iść na armaty, i rzucić się na kolana przed Boga, i skonać nawet bez smutku i żalu w onej chwili. I wszystkich to rozczuliło. Ledwie co bowiem Zosia, spostrzegłszy swoją nieuważną prędkość, odstąpiła ode mnie, zaraz mnie dziadek znów porwał w ramiona, z drugiej strony Stojowski całą twarz mi obcałował i łzami obmazał, Lgocki, głośno płaczący, rzucił się na kolana przede mną, Kąkolnicki z przyjacielskim współczuciem ściskał mnie za rękę. Zuzia tylko jedna, siedząca na kanapie, po tej scenie całkiem zimnym i lodowatym głosem rzekła do mnie:
— Jak się ma pan skarbnikowicz?
Ale ja już nie uważałem na to ani odpowiadałem, tylko wyrwawszy się z onych przyjacielskich uścisków, w też pędy pobiegłem za Zosią, która, wstydem zarumieniona, zaraz się wysunęła do przyległego pokoju. Tam, przystąpiwszy do niej i ściskając ją za obydwie ręce, rzekłem z przepełnionego serca:
— Zosiu! Nadroższa nad wszystko na świecie!... Jakiegoż to potrzeba było nieszczęścia, abyśmy się znów widzieć mogli! — Na to ona ze łzami i głosem cichym a łkającym:
— Nie opuszczaj pan nas, biedne sieroty!
— O! Nie opuszczę was już ani krokiem, a ciebie, daj Boże, aż do śmierci.
Zosia mnie na to ścisnęła za rękę i tuż chciała coś mówić, ale w tejże chwili wszedł dziadek, mówiąc głośno:
— Mój Nieczuja, daj już teraz pokój karesom, będziesz miał dosyć czasu na to i potem. Chodź no ze mną, wszakże mamy co z sobą pomówić.
Na ten głos niespodziewany Zosia odskoczyła ode mnie, jakby ptaszek po strzale; ja zaś wziąłem pod ramię starca i przeszliśmy do dalszego pokoju, gdzie on, usiadłszy w krzesło, najpierw rzekł do mnie:
— Dobry chłop z ciebie, ale jeszcze pstro w głowie.