— Panie dobrodzieju — odpowiedziałem ja na to — Bóg świadkiem moim, że mi się serce kraje na wspomnienie tego nieszczęścia, które was nawidziło, ale radość i smutek w tej chwili pomięszały się we mnie, że sam nie wiem, któremu się oddać najpierwej.

— Nic w tym nowego — odparł pan cześnik — na to człowiek ma serce, aby czuł wszystko, co go z bliska dotyka. Ale znów na to ma rozum i sumienie, aby nie trawił darmo czasu nad bezużytecznymi żalami, tylko aby przysposabiał środki ratunku. Więc wiesz, co się stało?

— Wiem, panie.

— Wykradziono córkę moją, porwano ją gwałtem, po zbójecku. I wiesz, kto to zrobił?

— Nie wiem na pewno, ale się domyślam; podobno Murdelio.

— Tak jest, on! Ignacy, ten diabeł wcielony, który, zakochawszy się w niej za młodu i dostawszy rekuzę, poprzysiągł mnie zemstę wieczystą i teraz ją wykonywa! Spodziewałem się tego, ale nie mogłem temu zapobiec. Trudnoż, miałem nadworną utrzymywać milicję, aby dom pilnować od niego; trudno uciekać było przed nim za granicę, kiedy by to się na nic nie zdało; trudno rozprawiać mi się z nim dzisiaj na rękę, kiedym już stary i zakrzepły.

— Ja się z nim rozprawiłem po trochę przed kilkoma dniami — rzekłem na to dziadkowi — ale cóż to pomogło!

— Jak to? Ty z nim? A gdzież to było?

Opowiedziałem tedy dziadkowi wizytę Murdeliona u mnie i wszystko, co się stało.

— O! Nieszczęśliwy! — rzekł on na to. — Toż to dlatego on się w zimie na to odważył.